Pierwsze koszenie po wakacjach z jednej strony bywa kontrowersyjne, no bo jak wybrać moment, w którym tę pierwszą, wiosenną trawę należy skosić, będąc tak bardzo szczęśliwym na jej widok po długich, zimowych miesiącach, z drugiej jest zwykle łatwiejsze, niż późniejsze koszenia… a może tak mi się tylko wydaje?

Jestem dziewczynką z poprzeniej Kawki. To ja bawiłam się na pętli autobusowej i "zgubiłam" rodziców, biegnąc za obcą kobietą i jej córką, które były ubrane dokładnie tak, jak moja mama i siostra w tamtym dniu. Kiedyś to była norma. Płaszcze miały podobne kroje i kolory, płaszczyki i kurtki dla dziewczynek tak samo. Wszystkie okrycia wierzchnie były albo brązowe, albo szare, a na głowach berety z antenką. Ponadto ta kobieta była postury mojej mamy. Tak samo wysoka, a kosmyki jej włosów tuż nad kołnierzem płaszcza, też miały kolor maminych...

Pomyślałam dzisiaj, wspominając minione, bardzo ciepłe, niemal letnie dni, że gdybym wychowała się na wsi, to potrafiłabym pluć pestkami z wiśni. Wychowałam się jednak w mieście, na jednym z klasycznych, PRLowskich osiedli, dzięki czemu nauczyłam się m.in. wciskać kapsle od butelek po piwie i zawleczki od puszek w rozgrzany asfalt...

Pewnego razu, dawno, dawno temu, a może wcale nie tak dawno(?), małą dziewczynkę spotkało coś potencjalnie groźnego, a w rzeczywistości niegroźnego całkiem. No może zważywszy na to, jakie mogły być, a nie były, konsekwencje, jednak trochę groźne to było.  Lecz nie czepiajmy się szczegółów, bowiem tylko jedno jest pewne... spotkało ją coś wartego zapamiętania.

Okazało się, że wczorajszy dzień i wizyta na działce obfitowała w ciekawe okoliczności, jak chociażby przejażdżka Tomka i starszej córki z powrotem do miasta, po żebrowanie do łóżka, które, przez nieuwagę pakujących, zostało w garażu... Jednym słowem, klasyczny "wolny dzień", stąd taka, a nie inna muzyczna propozycja, którą umieściłam pod poprzednią Kawką.