Ostatni tydzień wakacji budzi w dzieciach niepokój. Ja sama, kończąc naukę w szkole, czułam ogromną ulgę, że nie będę już przeżywała podszytych stresem końcówek sierpnia. Kiedy lato powoli przybiera jesienną szatę, lecz jeszcze kusi swoim pięknem, jednocześnie dając w kość chłodniejszymi nocami, a ja czuję ucisk w podbrzuszu na samą myśl, że już nie do lasu, nie w góry, nie nad jezioro, a do szkolnej ławki będę wędrowała przez najbliższe tygodnie i miesiące... Dziś, kiedy jestem mamą, czuję, że to wciąż powraca, choć wolałabym o tym na zawsze zapomnieć.

Wczoraj był Międzynarodowy Dzień Psa, dziś jest niedziela handlowa. Mieliśmy pojechać po ostatnie, szkolne zakupy, nie wyszło. Mieliśmy pójść na wieczorny, długi spacer z psem, plany pokrzyżowała nam burza. A przez dzień cały słońce grzało niemiłosiernie, z całych sił się starając, bym zapomniała o tęsknocie za latem, jeszcze nim nastąpi jego koniec.

Ponownie wybraliśmy się w góry. Było bardzo ciepło, ale nie tak upalnie jak przez większość minionych dni. Może to ze względu na burzę, która dwa dni temu ostudziła nieco rozgrzane do czerwoności zbocza gór? Po jednym z nich, krok po kroku, wchodziliśmy niespiesznie pod górę w to wilgotne, słoneczne popołudnie.

Powrót do domu bywa trudnym doświadczeniem. Zwłaszcza, jeśli miejsce, w którym spędzamy czas miło i beztrosko, jest jednym z naszych ulubionych. Kiedy jesteśmy w towarzystwie tych, których lubimy, kochamy, z którymi dobrze się czujemy i bawimy. Ech... ale przecież w domu może być równie dobrze, a nawet lepiej! Tylko dziś jakoś trudno mi w to uwierzyć.

c.d.
Widok z tarasu, raz po raz, rozświetlały błyski. Najpierw bardzo odległe, ledwie widoczne, a już po chwili dało się zauważyć, że burza zmierza do nas zdecydowanym krokiem i to z trzech stron. Błysk z lewej, z prawej, a po chwili centralnie przed nami. Zawołałam dziewczyny, aby podziwiały ze mną to widowisko. Zapewniłam kilkakrotnie, że warto. Burza w Bieszczadach, czy w każdych innych górach ma zupełnie inny charakter, niż ta z nizin.