Przyszedł czas na burzę - pięknie się składa, bo to setna KawkaJ Od kilku dni zanosiło się na porządne widowisko na bieszczadzkim niebie. Zresztą zapowiadano je już kilkakrotnie, dlatego to, że nadeszło nie powinno nikogo dziwić.

Kiedy kilkanaście lat temu wędrowaliśmy po Bieszczadach, robiąc kilometry na szlaku, czy idąc ulicą „z buta”, turystów kojarzących te góry jedynie z Soliną, wprost wyśmiewaliśmy. Co oni wiedzieli o byciu tutaj, stawaniu się częścią tego miejsca i powracaniu do niego? Nic, a przynajmniej tak nam się wtedy wydawało.

Jadąc wczoraj do jednego z upragnionych TU i TERAZ, do tego, za którym tęskniłam i, którego sama chciałam, wciąż miałam mieszane uczucia. Patrzyłam na mijane po drodze krajobrazy i nawet mój uśmiech posyłany w ich stronę był nieco nieszczery. Zawrócić? Czy ja chciałabym zawrócić? Tym dziwniejsze było moje „niechcenie”, że jechaliśmy w Bieszczady, czyli do miejsc, które darzę miłością szczególną, silną i wierną od wielu, wielu lat. Dlaczego zatem, zamiast radości i ekscytacji towarzyszyły mi obawy i niechęć?

Wczoraj dotarliśmy na miejsce. Pies spisał się doskonale, choć wieczorem obszczekał właściciela posesji, kiedy ten przyszedł założyć czyste worki na śmiecie. Obszczekał też czworonoga, który przyszedł niespodziewanie z samego dołu zbocza i postanowił zapoznać się z nowym koleżką. Poza tym spokój, na spacerach grzecznie, a podróż cudnie. Dzieci spokojne i zadowolone, choć nie od razu i niezupełnie… ale, kto by o tym pamiętał?

Szykowanie się do wyjazdu wakacyjnego w takim upale, to istna katorga. Wiem, nie powinnam narzekać. Gdybym nadal mieszkała w małym mieszkanku w wieżowcu, z oknami zwróconymi na zachodnią stronę, byłoby jeszcze bardziej hardcorowo. Ale, jak nie narzekać, skoro niejedno pranie nastawić trzeba i uprasować część z tego, co już wyschło, a zaraz potem przeszukać strych rozpalony do czerwoności w poszukiwaniu obuwia do chodzenia po górach... Sama myśl o tym, że muszę tam wejść, przyprawiała mnie o ból głowy.