Dziś znowu będzie o "łapaniu chwil". Wczoraj odwiedziły mnie dziewczyny uczęszczające na prowadzone przeze mnie warsztaty motywacyjne. Jak zwykle nie mogłyśmy się nagadać. Nim zdążyłam nacieszyć się tym, że są, że widzimy się po tak długiej przerwie, musiały wracać do swoich domów. Ten wspólny czas minął nam niezwykle szybko... a ja pozostałam z głową pełną słów i myśli, jakie we mnie obudziły.

W jednym z rozdziałów "Blondynki na Hawajach" autorstwa Beaty Pawlikowskiej, zatytułowanym: "Sen o brązowych butach", natrafiłam na rozważania w temacie: "Jak istotne w naszym życiu są sfera duchowa i sfera materialna? Która z nich potrzebuje większej uwagi?". Odpowiedź na to pytanie jest dla mnie oczywista, jednak bywają chwile, kiedy podświadomie zanadto skupiam się na tej materialnej... i to był właśnie jeden z takich dni. Rozdział o brązowych butach, przyniósł odpowiedzi na moje wewnętrzne dylematy.

Lato rozkręciło się na dobre, a miałam nadzieję, że w tym roku już nam z frytkownicą odpuści. Niestety. Słoneczko postanowiło nas podprażyć i nic na to nie poradzimy. Musimy się dostosować i godnie to znieść.

Patrzenie w gwiazdy wycisza, a czasem przeraża… Jednak odkąd obejrzałam razu pewnego „Melancholię”, ilekroć dopuszczam to wspomnienie, niebo ciutkę mnie przeraża. Gwiazdy, zwłaszcza te spadające, zachwycają jakby mniej…

Stało się coś niezwykłego, o czym powinnam przypominać sobie zawsze, ilekroć zwątpię w siebie, w nas, w to co wspólnie robimy wychodząc na scenę. Podeszła do mnie pewna kobieta i po krótkiej wymianie zdań powiedziała: "Nigdy nie wątp, słyszysz? Nie wolno ci wątpić. Uwierz w siebie raz na zawsze." Chodziło o moje wątpliwości, czy jest tak, jak być powinno, czy jest tak jakbym chciała...