Kilka dni temu, jedna z córek ruszyła temat zamojskiego ZOO. Wszyscy byliśmy wtedy w ferworze walki o taras i nie zapowiadało się na to, że przed wyjazdem na kilka dni zasłużonego odpoczynku, coś jeszcze uda nam się zorganizować. A jednak. 

Wychodzę na przedpokój i widzę odkurzacz. Stoi tam od kilku dni, ponieważ właśnie jesteśmy w trakcie samodzielnego stawiania kawałka tarasu i wiadomo czym skutkuje chodzenie w te i nazad. Do domu i z powrotem w pył, wióry i inne takie. Zatem odkurzam w zasadzie codziennie, zamiast używać miotły. Ewentualnie odkurzają inni, ale zazwyczaj orientują się po fakcie, że ja już temat na lekkim nerwie, albo zupełnie mimochodem ogarnęłam.

Bywają takie wieczory i takie zachody słońca, że wręcz nie wypada się nie zachwycać. Jakby szalony artysta tak fantazyjnie nakładał farbę, że minuta po minucie, na naszych oczach powstają kolejne, niepowtarzalne obrazy zapierające dech w piersiach. Tak było trzy, czy cztery dni temu, kiedy akuratnie wszyscy byliśmy na zewnątrz i mogliśmy podziwiać to widowisko w tak zwanym międzyczasie.

Dlaczego często myślimy o sobie tak mało przychylnie? Dlaczego młode dziewczyny i całkiem dorosłe już kobiety tak skutecznie podcinają sobie skrzydła fiksując się na punkcie wyglądu? Czym jest "terror życia fit" i komu on służy? Co oznacza "body shaming" i dlaczego dotyka coraz młodszych dziewczynek i chłopców? Z tego, co wiem, to się dzieje już na etapie edukacji przedszkolnej... potem jest już tylko gorzej.

Trudno mi się patrzy i słucha, kiedy dzieciaki się kłócą. Widząc ich zwężone źrenice, pochylone głowy i pomarszczone czoła, czuję, że coś poszło nie tak, że czegoś ich nie nauczyłam, choć wiem, że to błędne myślenie.