To uczucie, kiedy miałaś coś powiedzieć, a poprzestałaś na wewnętrznym monologu. Kiedy miałaś wyrazić rozczarowanie, czy złość wykorzystując wymowne spojrzenia i ostentacyjne fuknięcia. Kiedy miałaś napisać wiadomość, która pójdzie w pięty i nie pozwoli pozostać obojętnym. Kiedy autentycznie i głęboko poczułaś żal, lecz zamiast go jakkolwiek zademonstrować, przyjrzałaś mu się, przytuliłaś, pozwoliłaś sobie na chwilę smutku, a potem poszłaś dalej, nie oglądając się za siebie. 

Jak bardzo to, jacy jesteśmy, jest uzależnione od naszych genów? Czy one faktycznie mają decydujący wpływ na nasz wygląd, zdrowie i samopoczucie? Przeczytałam jakiś czas temu rozmowę z doświadczonym psychoonkologiem, który, zapytany o kwestię genów w odniesieniu do chorób dziedziczonych, powiedział, że on nie dyskutuje i nie próbuje pomagać tym, którzy uważają, że ich choroba jest wyłącznie skutkiem krzywd, które wyrządzili im inni ludzie, lub genów. Jak można nakłonić do pozytywnego myślenia, które jest kluczem do zdrowego życia, kogoś, kto twierdzi, że nie ma wpływu na stan, w jakim się znajduje lub w przyszłości może się znaleźć?

Na ścianie naszej sypialni przysiadł motyl. Wysoko tuż pod sufitem. Zauważyłam go któregoś dnia, tuż po wstaniu i zapytałam syna, czy widział go wcześniej. Okazało się, że tak, że rozmawiał o nim z Tomkiem i ten drugi orzekł, że ten motyl na dziewięćdziesiąt dziewięć procent jest martwy. 

Motyl się znalazł. Kiedy przestawiałam anioła stojącego na jednym z parapetów, coś wypadło spod anielskiego płaszcza. Myślałam, że to liść z kwiatka stojącego tuż obok, ale kiedy się przyjrzałam, okazało się, że to on. Lekki, jak piórko.

Uśmiechnęłam się do własnego odbicia w lustrze. Przypomniałam sobie obietnicę złożoną dziewczynom, z którymi mam przyjemność przecierać szlak na drogach prowadzących do nas samych. Nie było łatwo... uśmiech jakby wymykał się, unikając mojego spojrzenia, a jednocześnie podkręcał moją ciekawość. Co też zobaczę, kiedy wreszcie pojawi się na dobre, czy rozjaśni moje spojrzenie?