Po raz kolejny władza dała nam jasny przekaz. Możemy podskakiwać i "walczyć" we własnym rozumieniu, ale nasz faktyczny wpływ na to, co się dzieje na poziomie decyzji odnośnie zagospodarowania przestrzeni jest praktycznie żaden. Co z tego, że referendum, przeprowadzone szumnie, za naprawdę ciężkie pięniądze, okazało się dawać jasną i czytelną odpowiedź: "nie, nie chcemy zabudowy górek czechowskich i proszę nam tu parkiem oczu nie mydlić, nie mieszać w głowach naszym dzieciom i nie wystawiać agresywnych billboardów stosując chwyty poniżej pasa, na zasadzie zdjęć "tak jest teraz - i pyk, fotka późną jesienią", a "tak będzie - i ciach, wypasiona wizualizacja w pełnym słońcu, podkreślającym soczystość zieleni"...? 

Kto, będący przy zdrowych zmysłach, weźmie to na poważnie? Kto zasugeruje się taką manpulacją? Wszak patrząc na to dzieło propagandowego przekazu, nasuwa się myśl, że "teraz" to nawet słońce nad górkami nie świeci urażone ich zaniedbaniem i pozostawianiem samym sobie. No właśnie, kto? Okazuje się, że niestety takich "ktosi" jest na pęczki. Takich, co to bez zastanowienia, raz jeden rzuciwszy okiem, stwierdzą: "no jasne, że park i osiedle, teraz to tam taki syf". Syf... myślę, że na próżno go tam szukać. Poza śmieciami rzecz jasna, które podobnie, jak barbarzyńskie przepisy są dziełem człowieka... tym z pewnością należałoby się zająć. Podobny problem jest na skwerze przy targu na Braci Wieniawskich - piękne miejsce zaniedbane i dewastowane przez osiedlowych pijaczków, miejsce, które mogłoby służyć mieszkańcom... obawiam się jednak, że może podzielić los górek, nim zostanie uporządkowane... A na górkach jest póki co to, co być powinno: "przyroda nie ukształtowana ręką człowieka". Czyli taka, która doskonale sobie bez człowieka radzi i poradziłaby sobie przez następne dziesięciolecia. Byle nasze zachłanne, człowiecze łapska nie przerabiały jej na własną modłę.

Ale cóż. Interes ogółu nie jest interesem jednostek. Chociaż... śmiem twierdzić, że wstępne umowy na mieszkania już dziś są podpisane. Że istnieje szerokie grono przyszłych mieszkańców górek, którzy z niecierpliwością, przestępując z nogi na nogę, wywierają bezpośrednie naciski bądź dopingują wywierającego naciski dewelopera (wszak nie wszystkich na nie stać...), by podpisano to, co trzeba i zaczęto wreszcie budować, a właściwie betonować, ten ich przyszły "raj na ziemi".

Żałosna jest ludzka krótkowzroczność, żałosne jest ludzkie zuchwalstwo, żałosne są słowa tych, którzy wyjeżdżają za miasto w poszukianiu oddechu, chwalą się czasem spędzonym na łonie natury, kąpią w jeziorach oczekując ich czystości, szurają stopami po rozgrzanym piasku, oburzając się na nadmiar kostki brukowej tam, gdzie oni chcą "oderwać się od miasta", a potem głosują i opowiadają się za "reorganizacją", wedle ludzkiej wygody, terenów, które żyją i oddychają niejako dla nas i poniekąd za nas, gdy miejski oddech staje się dla płuc nazbyt ciężki. Osobiście znam kilka osób, które na co dzień korzystają z aplikacji w telefonie informującej o poziomie zanieczyszczenia powietrza, a po chwili, bądź niemalże w tym samym czasie, głoszą tonem nieznoszącym sprzeciwu, że górki czechowskie bez człowieka, w obecnym kształcie "się marnują". 

Kochani, myśląc tymi kategoriami, zmarnujemy, ale szansę przyszłych pokoleń na życie w świecie, jaki znamy, jaki pamiętamy. Na wycieczki ze szkoły ścieżkami byłego poligonu, podziwianie roślinności, jakiej na próżno szukać na osiedlach, ogniska integrujące dzieci i młodzież, pod okiem opiekunów, kiedy wspólne podziwianie rozgwieżdżonego nieba dawało nam, miastowym dzieciom, szansę na oglądanie gwiazd, wspólne wyjścia na sanki, podczas których śmialiśmy się do łez i zjeżdżaliśmy takimi trasami, jakich nie doświadczysz nigdzie indziej w tej części miasta, na budowanie szałasów, zbieranie kwiatów do zielnika, czy dzikorosnących mirabelek, wolnych od ołowiu. Zamykamy kolejną drogę do obcowania z roślinnością taką, jaką naprawdę jest. Nieokiełznaną, lecz naturalnie piękną. Czy naprawdę "park" i okalające go z kilku stron osiedle będą lepszym rozwiązaniem? Kolejne mieszkania, kolejne samochody, kolejne zwierzęta pozbawione możliwości egzystowania w naturalnym otoczeniu, kolejne płuca zainfekowane chorobą miasta, które bezlitośnie pożera zieleń. Dlaczego? Bo to zwyczajnie lepiej się opłaca. Komu? Z pewnością nie nam i nie naszym dzieciom...