Pogoda nas dzisiaj rozpieszczała. Początek października, a ciepło jak w połowie sierpnia. Musieliśmy skorzystać z tej aury. Chwyciliśmy za szpadel, nadszedł czas na sadzenie tego, co na posadzenie czekało od soboty i nie tylko. Tomek przywiózł kilka sadzonek z Nadleśnictwa rozdawanych w ramach ogólnopolskiej akcji...

Tak, sadzimy namiętnie, co się da i ile się da. Nigdy nie marzył nam się rozległy, równiutki trawniczek wolny od kretów, z systemem nawadniania i innymi cudami powodującymi równomierny wzrost. Nigdy nie zakładaliśmy, że na naszej działce wszystko będzie rosło równiutko w rzędach, obsypane kamyczkiem, a uprzednio obłożone agrowłókniną. Nawet planowania ogrodu nie zakładaliśmy i konsekwentnie realizujemy tę wizję, czyli... planujemy zwykle na bieżąco. 

Kiedy wracamy z zakupionymi krzewami, drzewkami itp. wypakowujemy to wszystko i przyglądamy się temu oraz naszej działce. 
- Gdzie? Może tutaj? A może tam?
Rozważamy wspólnie, które przestrzenie są konieczne do obsadzenia, które nieco mniej. Gdzie posadzić to, co ma cieszyć oko, a gdzie to, co ma dawać owoce. I tak to powoli idzie do przodu, a czas pokaże, czy podjęliśmy właściwe decyzje.

Drzewka... kilka dębów, które zapewne za mojego życia osiągną maksymalnie rozmiar dębowych nastolatków. Upragnione przeze mnie buki, Tomkową sympatię także budzące. Kilka olch, zobaczymy, czy będzie im u nas dobrze i sosenki, które trafiły w miejsce, w którym poprzedzające je sadzonki, także sosen, się nie przyjęły. Może tym pójdzie lepiej. To wszystko przywiózł Tomek, zdobyte w ramach "rozdawnictwa", a dziś wspólnie umieściliśmy w ziemi zapowiedź pięknego zagajniczka.

Powiem szczerze, że kocham to zajęcie, lecz jednocześnie trochę mnie ono przerasta. Konieczność wymiany części podłoża, mieszania ziemi z kompostem, czy torfem, nabieranie szpadlem, ładowanie taczki, pchanie i przenoszenie, napełnianie konewki wodą, przeciąganie i przestawianie, a do tego, niejednokrotnie przekraczające moje możliwości, kopanie. 

Mamy taką piękną glinę w naszym lubelskim, normalnie cudo! Uwielbiam wprost tą bezsilność, która budzi się we mnie, kiedy po zdjęciu wierzchniej warstwy całkiem dobrej ziemi, szpadel natrafia na opór i z fazy kopania, przechodzimy do fazy skrobania rudawej, zbitej nieziemsko masy. Ja wysiadam, Tomek zaklnie sobie nieraz siarczyście, a roślina, po wymianie ziemi w obrębie jej korzeni, otrzymuje od nas, tuż po zasypaniu dołka, kilka motywacyjnych haseł i zapewnienie, że trzymamy za nią kciuki.

Czasem to trochę nierówna walka, ale przyjemność z każdej roślinki, która się przyjęła, każdego nowego listka i gałązki, jest nie do przecenienia. Dlatego walczymy nadal i takie słoneczne, jesienne dni, tę walkę znacznie nam ułatwiają, umilając jednocześnie czas, kiedy w pocie czoła, jednak w promieniach słońca, i w całkiem przyjemnym ciepełku, wkładamy kolejne korzenie nowego początku w dokarmioną uprzednio i spulchnioną ziemię. A to wszystko okraszone naszą czułością, co z pewnością gwarantuje dobry start:)

Muzyczka do Kawki:
https://www.youtube.com/watch?v=plQtaMHu_3I&ab_channel=MTJWytw%C3%B3rniaMuzyczna

3 października 2023r.