Jak to jest? Jeden dzień jest dobry, a drugi aż kipi od negatywnych emocji, albo takich, które podkręcają we mnie złość, niosą niechciane napięcia i sprawiają, że wybucham z niesamowitą wręcz łatwością, z totalnie "bylepowodu"?

Błagam, tylko nie myślcie, czytając te słowa: "kobiety już tak mają", albo coś w ten deseń. To nie ma nic wspólnego z płcią, czy homonami tę płeć określającymi, tudzież wiodącymi przez życie. Po prostu tak bywa. Są dni, jak granaty, cykające bomby, kleszcze zaciskające nas w upiornym uścisku. 

Może trochę się zagalopowałam pisząc to, co ułożyło mi się w zdania powyżej, ale doświadczałam dziś powiewów negatywnych emocji, które skutecznie rozwiązywały mi język i wprawiały w ruch ciało. W efekcie mówiłam dużo szybciej i dużo bardziej ekspresyjnie. Poruszałam się tak dynamicznie, że mogłabym startować w jakiś mini-wyścigach na niewielkie prędkości, bo jednak kondycji trochę brak. I chciało mi się krzyczeć i śmiać głośno, o wiele częściej, niż w statystyczne piątkowe popołudnie.

Z pewnością pogoda miała na to wpływ. Mniejszy lub większy, ale jednak. Zrobiło się chłodniej, szarzej i padało niemal od rana, z przerwami na mroczne, bezdeszczowe, mało przyjazne, momenty. Załatwiłam zakupy prezentowe, które od kilku dni miałam w planach, korzystając, że ruszyłam się z domu i czułam się fizycznie dużo lepiej. Wszystko wskazywało na to, że wirus poległ w starciu z wytoczonymi przeze mnie działami. Czy wraz z nim padło moje dobre samopoczucie? Gdzie ono się do cholery podziało?!

No nic, w pracy działałam z prędkością światła... przed pierwsze półtorej godziny. Potem zwyczajnie mi się odechciało. Ochrzaniłam młodzież uczęszczającą na moje zajęcia teatralne, nawrzeszczałam na nich w związku ze zbliżającym się przeglądem i w ogóle byłam o wiele groźniejszą panią, niż zwykle. Zapomniałam nawet, że nie wypada kląć w ich obecności...

Potem byłam u koleżanki, do której chadzam "na paznokcie", co mnie ciut wyciszyło. Siedziałyśmy we dwie, w jej przytulnym salonie, otulone ciepłym światłem i ciszą przerywaną jedynie odgłosami moich wypowiedzi. Tak, zagadałam ją straszliwie. To też jeden z syndromów mojego gorszego samopoczucia. Niezależnie od tego, czy znajduję się na biegunie euforii, czy mega doła, paplam jak najęta, chcąc  zagłuszyć natłok niechcianych myśli.

Na sam koniec tego, iskrzącego od ostrych słów i emocji, piąteczka, wybraliśmy się z Tomkiem na pierwszy dzień przeglądu, gdzie mieliśmy następnego dnia startować w konkursie piosenki. Też mi się nie chciało... Tomek nieco się spóźnił, byłam tam pierwsza i, przez kilka minut, spacerowałam pod drzwiami wejściowymi zastanawiając się, czy ja w ogóle mam ochotę je przekraczać?

Ostatecznie przekroczyłam i nie żałowałam. Wieczór potoczył się całkiem przyjemnie. Spotkania z dawno niewidzianymi osóbkami, poznawanie nowych, rozmowy, żurek, bimberek, piwko i śpiew na holu o dramatycznej akustyce, jednak przy entuzjastycznych reakcjach, przypadkowych i celowych, słuchaczy. Czy to nie powinno mi wystarczyć? Czy nie powinno wyrównać mojego nastroju?

Wyrównało go na tyle, że nikt z mojego otoczenia nie odbierał już wibrujących wciąż we mnie, minusowych emocji. Z uśmiechem na ustach, wbrew i pomimo, położyłam się spać, postanawiając, że jutro nie pozwolę już na ten wrzący kocioł ze smołą w moim wnętrzu. Rozgonię czarne chmurzyska, choćby nie wiem co, i koniec kropka! Uhm...

Muzyczka do Kawki:
https://www.youtube.com/watch?v=n5vmk7FBbiI

3 listopada 2023r.