Nie musimy ulegać żadnym modom i powszechnym przekonaniom. Mniemaniu powszechnemu, czy potocznemu także. Nie powinniśmy nawet oglądać się na to, co w powszechnym ujęciu uchodzi za niezbędne, w sensie, konieczne do szczęścia dla nas, czy dla naszych najbliższych. Wszak potrzebujemy o wiele mniej, niż mamy. Zazwyczaj, ponieważ wciąż obecne są na świecie niedostatki i braki wszelakie. Żaden postęp nie zagwarantuje równości, choćby totalnie względnej. Jednak, czy posiadanie jest jedynie kwestią możliwości, czy też, zdecydowanie bardziej, indywidualnych przekonań?

Weźmy taki bal ósmoklasisty. Kto ma rację? Ten, kto uważa, że to ma być bal przez wielkie "B", czy też ten, kto twierdzi, że dyskoteka na szkolnej sali gimnastycznej w zupełności wystarczy? Kto powinien być w pierwszej kolejności dopuszczony do głosu? Ten, kto jest za, czy ten przeciw? 

A studniówka? Czy w istocie nie da się zamknąć jej kosztów w kilku stówkach? Czy MUSIMY kupić nowy garnitur, sukienkę, a córkę umówić do fryzjera, kosmetyczki i gdzie tam jeszcze pójść "musi"? Czy "o matko, masz przechlapane, bo w tym roku studniówka" mamy brać za pewnik i odkładać na ten cel przez kilka miesięcy? Albo "to MUSI cię kosztować" brać na serio?

Nic z tych rzeczy. Jak w każdej innej sprawie, tak i tu, wszystko zależy od podejścia. Od tego, co dla nas ważne, a co mniej. Chodzi o to, że nie MUSIMY wydawać ponad własne możliwości i, że cała ta otoczka nie decyduje o tym, czy bal będzie wyjątkowy, czy zapisze się w naszych sercach pięknymi wspomnieniami. To w zasadzie nie decyduje o niczym, poza przyjemnością z bycia w innym wydaniu, niż na co dzień. O ile taką przyjemność odczuwamy. O ile takiej przyjemności potrzebujemy dla poprawy nastroju, czy pełni przeżywania wyjątkowych chwil.

Strata uczy nas dystansu. Uczy nas go także uważność na to, co dookoła. Przestajemy uzależniać poczucie satysfakcji, własne szczęście (częstokroć bardzo ulotne) od tego, ile mamy, jak drogą włożymy kieckę, czy ile wydamy na upiększanie własnego ciała.

Ostatnio usłyszałam coś, co sprawiło, że pomyślałam o sobie, jako o tej, która przegina, ale w drugą stronę:
- Nie lubię się malować, bo to zakrzywianie rzeczywistości, przekłamywanie. Przecież ja w makijażu to nie jestem prawdziwa ja. Kiedy zmyję to z twarzy cała prawda wyjdzie na jaw. Po co zatem mam to robić? Nie lubię oszukiwać.

Usłyszałam też o butach, których nie będziemy kupowali, ponieważ ona w takich nie chodzi, a na jedną noc to bez sensu. Przecież można pójść w pożyczonych. I sama niejednokrotnie w takich chodziłam...

Do dziś pamiętam pewne wesele, na które postanowiłam wybrać się w "oldscoolowych" butach mojej mamy. Rozkleiły się już w kościele, nie nadając się w zasadzie do niczego poza zdjęciem z moich stóp. Tata nieźle musiał się natrudzić, nim znalazł sklep, w którym można było dostać klej o dostatecznej mocy, by uratować resztę wieczoru i nocy i ustrzec mnie, tym samym, przed spędzeniem kilkunastu godzin na bosaka.

Sklejał mi buty w bramie jednej z kamienic, w pobliżu domu weselnego, jeszcze nim przyjechali "młodzi", na których tuż przed wejściem czekał całkiem pokaźny tłumek. Udało się. Przetańczyłam w tych butach pół wesela, resztę na bosaka.

Pożyczałam buty, sukienki, kosmetyki, bransoletki... kolczyków nie, bo ich jeszcze nie nosiłam. Wtedy to nie było nic nadzwyczajnego. Mało było ciuchów na specjalne okazje, biżuterii i innych upiększaczy. Wtedy trzeba było, a w zasadzie chciało się pomagać sobie nawzajem. Czy dziś już nie można, bo zwykle nie trzeba?

Musisz... Muszę... co muszę, to muszę, a co mogę, to mogę. I tak najważniejsze jest to, czego chcę, co chcę i czego chce mi się chcieć;)

Muzyczka do Kawki:

27 stycznia 2024r.