"Gdy nie mogę zasnąć, zaglądam w ciemność. Zaglądam w nią, a ona zagląda we mnie." śpiewa Natalia Przybysz, a ja kiwam głową zgadzając się z tymi słowami, w rytm muzyki, którą kocham. Gdy nie mogę zasnąć... faktycznie patrzę w ciemność i szukam w niej... czego? 

Mam problem z zasypianiem w zupełnej ciemności. Zbyt wiele razy przestraszyłam się tego, co tam zobaczyłam. I nie chodzi tu o duchy, czy inne takie. Chodzi o myśli, którym nadałam kształt, którym pozwoliłam objawić się w obrazach podsuwanych przez wyobraźnię.

Dawno temu, kiedy nic nie było takie jak dziś, co nie znaczy lepsze, czy gorsze, po prostu inne, spędzaliśmy dużo więcej czasu tylko we dwoje, ja i Tomek. Część z tego czasu przypadała każdego roku na czas wakacji, które mijały nam przemiło między innymi w Bieszczadach. Niejednokrotnie spaliśmy wtedy na schroniskowych deskach, sianie, czy pod namiotem. Choć nasz nocleg na poziomie minus jeden, w jednym z bieszczadzkich schronisk, plasuje się w ścisłej czołówce najbardziej przerażających nocy w moim życiu, to spanie pod namiotem, nieznacznie tylko mu ustępuje.

Noc jest nocą, a noc w Bieszczadach, na zboczu zalesionej góry, tuż pod lasem właśnie, należy do nocy na dwieście pięćdziesiąt procent. Ciemno, jak cholera. Ciemno, jak nie wiem co. Ciemno, że oko wykol, czy jakoś tak. Otwierałam oczy i nie widziałam różnicy. Równie dobrze mogłam nie widzieć wcale. Wyłączyć zmysł wzroku, zapomnieć o nim na kilka godzin.

Nie potrafiłam nijak się do tego przyzwyczaić. Moje samopoczucie w znaczniej mierze było uzależnione od pełni i nowiu. Sprawdzałam w kalendarzu, w jakiej fazie będzie księżyc, w czasie, w którym ja będę, na skraju bieszczadzkiego lasu, usiłowała zasnąć pod namiotem.

Zdarzały się noce, podczas których ataki paniki były nie do zniesienia. Budziłam się, nie wiedząc, gdzie jestem, mój oddech przyspieszał, serce zaczynało łomotać w piersi, a dłonią szukałam nerwowo Tomka, tuż obok siebie... lecz on miał wyjątkowo mocny sen i niejednokrotnie mruczał tylko dając mi znak, że jest i wszystko jest w porządku, a ja zupełnie mu nie wierzyłam. Wypełzałam ze swojego śpiwora i, macając ściany namiotu, sunęłam, a w zasadzie "biegłam", w kierunku wyjścia. Dopiero, kiedy udało mi się (co wcale nie było łatwe) natrafić na "dzyndzelek" od zamka błyskawicznego i rozsunąć go na tyle, by móc złapać łyk powietrza z zewnątrz, przychodziło opamiętanie.

Nie od razu, zwykle bardzo powoli, ustępował chaos w moich myślach i wyrównywał mi się oddech, podobnie, jak bicie serca, które przestawało wyrywać się z piersi. Ostatecznie, opracowałam własny system radzenia sobie w takich nocnych sytuacjach kryzysowych. Spaliśmy z głowami przy zamku, a tuż obok mojej poduszki, skonstruowanej z bluzy, kurtki, czy czegokolwiek dostatecznie miękkiego i przyjemnego w dotyku, leżała latarka, którą bez trudu mogłam chwycić. w razie kolejnego ataku, by odczarować obrazy stające mi przed oczami. 

W zasadzie to obrazów wtedy nie było... była czarna czerń. Ciemność, nie pozwalająca mi dostrzec niczego poza bliżej nieokreślonymi cząstkami, w postaci punktów świetlnych pojawiającymi się zapewne pod wpływem lęku, który przejmował nade mną kontrolę.

"Bezpieczeństwo ma kolor czarny..." puentuje swoją opowieść Natalia, a ja jej wierzę, ponieważ dokładnie tak czuję. Lubię czerń i wiem, że to nie ona budzi we mnie niepokój. Robię to doskonale sama...

Muzyczka do Kawki:
https://www.youtube.com/watch?v=c_stqWFPQLE&list=RDJYWQwTQBzQI&index=2&ab_channel=NataliaPrzybysz

3 lutego 2024r.