Czasem moje Kawki przybierają charakter wpisów z pamiętnika, a czasem z takimi wpisami nie mają nic wspólnego. Jak będzie tym razem? Bo ja wiem. Może pół na pół?

Jak mówiłam, w związku z autem, kubikami teatralnymi i ciemnością wieczoru, nic się nie stało. Nie stało się nic, z czym Tomek nie poradziłby sobie samodzielnie, wykonując, przy okazji, kilka zaległych, kosmetycznych zabiegów, z tyłu i z przodu naszego środka lokomocji. Słonko świeciło od rana, więc pracowało mu się całkiem przyjemnie, a popołudniu, kiedy już skończył, uciął sobie zasłużoną, niedzielną drzemkę.

Dzięki tomkowej determinacji mogliśmy pojechać na umówione wcześniej spotkanie, które zniosłam z trudem przez nasilający się ból zęba. W zasadzie, po ponad godzinie nieustannego zażynania, zaczęłam się zastanawiać, czy boli mnie ząb, czy cała głowa, a zwłaszcza odpadająca aktualnie połowa mojej twarzy. Znosiłam to średnio, podobnie, jak wszystko, czego miałam doświadczać przy okazji.

Nie przepadam za niedzielnymi popołudniami. Zmuszają do skupienia uwagi na poniedziałku, a ten, choć każdy dzień może i powinien być wyjątkowy, kojarzy mi się nad wyraz kiepsko.

Dziś, kiedy mam za sobą niejedno doświadczenie dorosłego życia, nie myślę już o szkole. Jednak do niedawna (naprawdę do niedawna), nie potrafiłam nie stresować się za nasze dzieci wspominając to, czego sama, jako dziecko i dorastająca dziewczyna, doświadczałam. Uczyłam się każdego tygodnia pokonywać w sobie tę niechęć. Tłumaczyłam dzieciom i sobie, że poniedziałek to nowy początek i, choć ciężko będzie się rano wstawało i wychodziło z myślą, że zaczyna się kolejny tydzień nauki, to ostatecznie jakieś pół godziny po wyjściu z domu, dotrze do nas, że nie ma już odwrotu i wkroczymy jakoś w ten świat porzucony w piątkowe popołudnie, by zaakceptować go na nowo, a może nawet polubić? Nie możemy mieć bowiem pewności, że to, czego do niedawna nie znosiliśmy, nie stanie się od dziś akceptowalne, nieprawdaż?

No dobra, może odrobinę popłynęłam. Szkoła, zwłaszcza nasza rodzima, raczej przyjemna być nie może. Nie to, że nie chce taka być, albo mi się wydaje, że taka nie jest, po prostu być nie może. Dlaczego? Ech... lata praktyk, które po dziś dzień powodują powtarzanie pewnych, krzywdzących, zarówno uczniów, jak i nauczycieli, schematów. Uczeń zbyt często jest numerkiem na liście, problemem do rozwiązania, obowiązkiem do wypełnienia, a nauczyciel, dorosłym, który nie chce, albo nie potrafi połączyć dwóch światów. Świata edukacyjnej biurokracji i hierarchii, ze światem młodego człowieka.

Tak w absolutnym skrócie, nie dziwię się, że dzieci uczęszczające na moje zajęcia nie lubią poniedziałków. Nie dziwię się, że nie lubią ich także nasze dzieci. I nie dziwię się sobie, że staram się tą ich niechęć osłabić, zniwelować, zastąpić uczuciem ciekawości, czy otwartości na to, co może zyskać przy bliższym poznaniu. Tylko, czy próbując na nich wpłynąć, nie dryfuję w kierunku miejsc, które jeszcze nie powstały?

Szkoła marzeń... szkoła, do której chce się chodzić, która przeistacza, podszyte niepokojem, niedzielne popołudnia w radosne, jeszcze wolne od szkolnych oboawiązków, lecz jednocześnie ciekawe tego, co przyniosą, godziny i minuty. Dobrze, że ja już nie muszę wzdychać do swojej wymarzonej szkoły, rysować jej w wyobraźni, nadawać jej rzeczywistych kształtów, uosabiać... I, że nie czuję już ścisku w żołądku na myśl o niepokoju, jaki odczuwają nasze dzieci, tuż przed nastaniem przedponiedziałkowej nocy.

One wiedzą... wiedzą dużo więcej ode mnie, będącej niegdyś na ich miejscu. Wiedzą i samodzielnie pracują już nad tym, by niedziela nie kojarzyła im się z poniedziałkiem, a poniedziałek był równie oczkiwany, jak każdy z pozostałych, nadchodzących dni.

Muzyczka do Kawki:
https://www.youtube.com/watch?v=SYcLzu97BLg&ab_channel=AgoraMuzyka

10 marca 2024r.