Pewnego razu, dawno, dawno temu, a może wcale nie tak dawno(?), małą dziewczynkę spotkało coś potencjalnie groźnego, a w rzeczywistości niegroźnego całkiem. No może zważywszy na to, jakie mogły być, a nie były, konsekwencje, jednak trochę groźne to było.  Lecz nie czepiajmy się szczegółów, bowiem tylko jedno jest pewne... spotkało ją coś wartego zapamiętania.

Pewnego wiosennego popołudnia, wracała wraz z rodzicami i rodzeństwem, tuż po obiedzie u babci mieszkającej w centrum miasta, do domu położonego na jednym z miejskich osiedli. Tata lekko wcięty po wypiciu kilku zwyczajowych kieliszków z teściem, a mama nieco poddenerwowana, że te kieliszki jednak wypite zostały. Poza tym, norma.

Dziewczynka miała starszą siostrę, która zazwyczaj stała grzecznie w pobliżu rodziców i nie ekscytowała się zupełnie murkiem okalającym końcowy przystanek, na którym się znajdowali, oraz młodszego brata, który bardzo chętnie eksplorował wraz z nią, zarówno wspomniany murek, jak i metalowe poręcze na nim zamontowane i coś na kształt murowanego rowu dookoła budynku, w który można było wbiegać z jednej strony, po to, by wybiec stroną drugą. Dziewczynka, choć dziś jest już dojrzałą kobietą, doskonale pamięta to miejsce. Wystarczy, że na chwilę zamknie oczy, a pod jej powiekami rysują się wyraźne kształty, kolory i faktury.

Oczywiście mama, raz po raz, karciła ją i brata, za to ganianie, pokrzykiwanie i potykanie się o wystające płytki chodnikowe. Tata czasem jej wtórował, okraszając własne słowa surowym spojrzeniem, albo chwytając za ramię, kiedy innego wyjścia nie było. No może było, lecz jeśli chciał dzieciaki wyhamować nagle i zdecydowanie, to musiał chwycić, słowa stawały się bowiem, w starciu z tak doskonałą zabawą, bezskuteczne. Starsza siostra patrzyła na młodsze rodzeństwo z politowaniem i generalnie niewiele ją obchodziło, czy któreś z nich wyrżnie przy kolejnym okrążeniu, czy też nie. 

Trwało to czas jakiś. Kolejne autobusy ustawiały się na mini-pętli, przy której był zlokalizowany przystanek i otwierały drzwi, aby wywietrzyć swoje wnętrza. Wtedy nie było jeszcze klimatyzacji w pojazdach transportu zbiorowego, co skutkowało, przy wiosenno-letniej aurze, niezłym zaduchem w środku. Godziny odjazdu były i są nadal bezlitosne. Kierowca musi mieć czas na papierosa, czy zjedzenie kanapki, a pasażerowie winni uzbroić się w cierpliwość, co też skwapliwie czynili. Cierpliwości zaczynało jednak brakować rodzicom dziewczynki i coraz zdecydowaniej stopowali ją i brata. Jednak ci bawili się w najlepsze.

Dziewczynka, chcąc umknąć bratu, wbiegła nieco dalej, niż dotychczas i przykucnęła, żeby jej nie zobaczył. Ten przeszedł obok, a potem zawrócił, wracając do rodziców, być może w odpowiedzi na ich zawołanie, którego dziewczynka nie usłyszała... Siedziała tak przez minutę, może dwie, zadowolona nieziemsko, że udało jej się zrobić brata w konia, a kiedy postanowiła opuścić kryjówkę, ujrzała niezły tłumek w miejscu, w którym chwilę wcześniej stali jej bliscy. Skąd się wzięli ci wszyscy ludzie? Zapewne doszli kolejni chętni na podróż którymś z autobusów czekających na własne godziny odjazdu.

Spojrzała raz jeszcze, tłumek się przerzedził, lecz rodziców nadal tam nie było. Odwróciła się i ruszyła w przeciwną stronę, rozglądając się dookoła. Nadal nic. Skręciła za róg budynku i zobaczyła je! Tak, to była jaj mama i siostra, idące pod rękę. 
- Mamo! - krzyknęła, ruszając bez zastanowienia w ich stronę.
- Mamooo! - powtórzyła, biegnąc coraz szybciej. 
Mama zdawała się jednak zupełnie jej nie słyszeć, ponieważ szła niewzruszona przed siebie, a siostra dotrzymywała jej kroku.
- Mamooo!!! Zaczekaj! - dziewczynka wołała coraz rozpaczliwiej i biegła ile sił w nogach, choć zaczynało brakować jej tchu. Nie rozumiała dlaczego mama i siostra jej nie słyszą. I dlaczego tak szybko i zdecydowanie idą w tę stronę?

Kiedy dziewczynka dogoniła wreszcie mamę i siostrę, zdecydowanym gestem dotknęła maminego ramienia. Obie, jak na komendę, zatrzymały się, a siostra obejrzała się za siebie, mama także. 
- Prze... prze... przepraszam - tylko tyle dziewczynka była w stanie z siebie wydusić, nim z jej piersi wydobył się głośny szloch.
To nie była jej mama, ani jej siostra. To były dwie, zupełnie obce dla niej osoby. Gdzie jest zatem jej mama?!

Wtedy usłyszała wołanie taty, a zaraz po nim znajomy i przerażony głos mamy. Tak! To byli oni i krzyczęli jej imię! Odwróciła się plecami do zaczepionej przed chwilą kobiety i zobaczyła tatę biegnącego w jej stronę, a mamę nieco dalej, tuż za nim. Niewiele myśląc pobiegła do nich, nie mogąc przestać płakać. Nie pamięta dziś, czy mama ją przytuliła, na pewno ona przytuliła się mocno do mamy. Rodzice mówili coś podniesionymi głosami, pytali, dlaczego tam poszła, dlaczego się oddaliła, lecz ona nie mogła uspokoić się na tyle, by odpowiedzieć na którekolwiek pytań. Tata mówił coś o własnym poświęceniu i panice. O tym, że sprawdził każdy ze stojątych na pętli autobusów i nie pozwalał kierowcom odjeżdżać, ponieważ myślał, że wsiadła do któregoś z nich.

Dziewczynka nie bała się gniewu ojca, czy mamy, ani uszczypliwych uwag starszej siostry, czy śmiechu brata. W tej chwili żadna z tych rzeczy nie miała najmniejszego znaczenia. Najważniejsze było to, że ich odnalazła, że są tuż obok, a mama trzyma ją za rękę...

Muzyczka do Kawki:
https://www.youtube.com/watch?v=5pl2N1Uy9To&ab_channel=JonathanRoy

6 maja 2024r.