Patrząc napotkanemu szczęściu w oczy, spuściłam wzrok. Szłam naprzeciw zmierzchowi, z głową pełną pomysłów, z lekkością u stóp. Z każdą chwilą byłam dalej i zarazem bliżej samej siebie, tej nie uwikłanej w codzienność. Przystawałam kilkakrotnie z notesem w ręku, by uchwycić myśl gotową ulecieć z pierwszym silniejszym podmuchem pozostawianego za plecami życia.

Czułam się szczęśliwa i bez tego, świat jawił się w dużo bliższych sercu barwach, a na dnie duszy przycupnął spokój, tak bardzo oczekiwany. Wiedziałam, że właśnie tu i właśnie teraz powinnam była się znaleźć. W drodze na spotkanie dające mi możliwość konfrontacji własnych refleksji z tymi, którzy potrafią mówić językiem mojej duszy.

Rozmyślałam o tym, jak bardzo czuję się sobie daleka, gdy spaceruję osiedlowymi alejkami z głową pełną „muszę”, „powinnam” i „nie mogę”. Jak obca oczekiwaniom innych, ich spojrzeniom pełnym zatroskania tym, co ulatuje nie bacząc na ciągłe wokół zabiegnie. Próbuję się dopasować choć wiem, że daremne moje wysiłki. Dlatego coraz częściej ruszam pod prąd. Wplatam słowa spoza codziennej gwary, zatrzymuję spojrzenia, zwalniam kroku, zadaję pytania pozbawione łatwej odpowiedzi, dotykam, czuję i próbuję do czucia nakłaniać. Może i na nic zda się ta gimnastyka, ale zawsze warto spróbować…

Szłam podziwiając zachód słońca, tuż ponad asfaltowym płaszczem, gdzie ciągły ruch nakazuje kolorytu nieba pomijanie. Żaden hałas nie był w stanie mi przeszkodzić, w głowie wygodnie usadowiła się cisza, na szeroko przytulnym fotelu spełnionych oczekiwań. Przeszłam przez światła łapiąc się na tym, że rwące potoki słów niemal nie poprowadziły mnie przez przejście nie zważając na sygnalizację. Uśmiechnęłam się do samej siebie. Pomyślałam, że niejeden ze stojących na światłach kierowców wziął mnie za, łagodnie rzecz ujmując, niecodzienne zjawisko. No bo w końcu, jak często widujecie kobietę z notesem, spacerującą wzdłuż ruchliwej ulicy, w przedsionku centrum miasta, przystającą co kilka kroków dla odnotowania kolejnej linijki wiersza, który właśnie lekko rodzi się z zamyślenia?

Podniosłam wzrok tylko po to, by ocenić odległość dzielącą mnie od kolejnej bocznej uliczki, by nie przegapić samochodu mogącego weń skręcić… i wtedy zobaczyłam ich. Nie mogłam powstrzymać się od zapatrzenia. Starcze gesty i kruchość kroków już z daleka przykuły uwagę mojej wrażliwości. A może bardziej ta lekkość, z jaką pomimo niesionych na karku lat szli przed siebie? I jeszcze ręce splecione, emanujące ciepłem od pulsującej w żyłach miłości. Pozazdrościłam. W końcu, jak często mijamy spełnienie własnych marzeń?

On wychwycił moje spojrzenie i podarował mi uśmiech, najszczerszy z możliwych. A ja spuściłam wzrok, jak przyłapana na niecnym występku mała dziewczynka. Bo przecież przy nich nią jestem. Małą dziewczynką pragnącą żyć tak, by móc kiedyś, jak oni teraz, spacerować z miłością swojego życia, w splocie upstrzonych starczymi plamami dłoni, w asyście zachodu październikowego słońca i obdarzać ciepłym uśmiechem napotkanych młodzików, niecierpliwie wyszarpujących życiu ułamki szczęścia.

Żałuję, że nie odpowiedziałam, nie poczęstowałam wierszem, nie zapamiętałam rozmową. Stąd ten tekst, więc może nie warto żałować?

Lublin, 07.10.2012r.