Pytana: "Jak na to wszystko znajduję czas?", odpowiadam: "nie wiem". Myślę, że to czas znajduje mnie. Gdzieś pomiędzy codziennym zabieganiem. Zaraz po lub zaraz przed kolejnym "muszę" i "powinnam". Na przecięciu moich oczekiwań odnośnie tego, kim chciałabym być i realnych możliwości. Znajduje mnie i szczęśliwie prowadzi tam, gdzie jestem zdecydowanie bardziej, gdzie jestem bliżej siebie. A kiedy stamtąd powracam okazuje się, że codzienne zabieganie jest jakby lżejsze, i że wypełnianie roli matki nie trąci już tak bardzo zmęczeniem.

Kiedy na świecie pojawiają się dzieci, nic nie jest już takie samo jak przedtem. Pisząc te słowa daleka jestem od oklepanych frazesów, jakie głoszą rodzice chcący uświadomić wszystkich nie posiadających jeszcze potomstwa. Macierzyństwo i „tacierzyństwo” to w istocie nie lada wyzwanie i istna rewolucja, której regułom, chcąc nie chcąc, musimy się podporządkować.

Patrząc napotkanemu szczęściu w oczy, spuściłam wzrok. Szłam naprzeciw zmierzchowi, z głową pełną pomysłów, z lekkością u stóp. Z każdą chwilą byłam dalej i zarazem bliżej samej siebie, tej nie uwikłanej w codzienność. Przystawałam kilkakrotnie z notesem w ręku, by uchwycić myśl gotową ulecieć z pierwszym silniejszym podmuchem pozostawianego za plecami życia.

Dziś okazało się, że nasze najmłodsze dziecko jest chore. Zapalenie oskrzeli a może płuc nawet? Antybiotyk i zalecenie oklepywania wraz ze zdaniem wypowiedzianym przez Panią Doktor: "Dobrze, że przyszliście" powinny wystarczyć. Ale czy wystarczą w istocie?