Wpadałam do domu po dwóch (zaledwie!) godzinach nieobecności. I... jak zwykle, po krótkiej wymianie uprzejmości, typu "Mama przyszła!", "Tak przyszła. Co robicie?", "Bawimy się." nastąpiła wnikliwa lustracja terytorium będącego pod moją jurysdykcją i, jak zwykle niekontrolowany wybuch.

Cienias ze mnie, jeśli chodzi o wszelkiego rodzaju infekcje nawiedzające nasz dom. O ile katar i ból gardła nie robią na mnie większego wrażenia. O tyle wszelkie przypadłości żołądkowo-jelitowe totalnie wybijają mnie z rytmu. Nienawidzę własnych reakcji i zachowań, działania przesiąkniętego niezdrową paniką. Kto następny? Jak? Kiedy? Noce spędzone na czuwaniu i wściekłość w bardzo niskim stopniu uzasadniona. Jedyne, co pozwala mi zapanować nad ogarniającym mnie szaleństwem to zmiana perspektywy.

"Była sobie raz mała dziewczynka, która miała wielkie marzenie. Marzyła o tym, że wychodzi na scenę i... śpiewa. Śniła o tym, że stoi w świetle reflektorów przed mikrofonem, a publiczność naprawdę chce jej słuchać.

Od niedzieli płaczę co noc i nie mogę spokojnie zasnąć... czasami wcale nie mogę... Wiem, że wiele kobiet, wiele rodzin, przechodzi przez to piekło, ale odchodzenie Ani Przybylskiej poprzez autentyczność i niemalże namacalność, z jaką mogę śledzić informacje na jej temat pojawiające się od niedzieli w internecie sprawiają, że w pewnym sensie identyfikuję się z tym cierpieniem. Zupełnie, jakby stawało się moim udziałem. Zwłaszcza ze względu na dzieci - Ania miała ich troje, zupełnie jak ja, oraz wiek - Ania była tylko rok starsza ode mnie...

Słucham doniesień zza naszej wschodniej granicy i włosy jeżą mi się na głowie. Chwilę później czuję się już, jak oderwana od rzeczywistości (co nie powinno dziwić w kontekście jakiejś powszechnej prawidłowości...) i naprawdę wkraczam w jakieś inne, obce mi i zupełnie niechciane światy. Moje myśli zaczynają oscylować wokół zagrożeń, jakie te czasy i wszystko, co się w nich dzieje, bądź wydarzyć się może, "szykują" naszym dzieciom.