Życie gna na oślep. Dzień goni noc, noc goni dzień... Ciągle coś musimy, czegoś nie możemy, do czegoś dążymy, czegoś unikamy i... narzekamy. Nieraz wydaje nam się, że gorzej już być nie może, że nie damy już rady, nie wytrwamy w tym "dzikim pędzie". Ale, mimo to, biegniemy dalej. 

"Rosnę" - pomyślałam w wieku nastu lat. - "Nie jestem już małą dziewczynką, nie wszystko da się wytłumaczyć wiekiem. Powoli biorę odpowiedzialność za swoje czyny, pełną. I decyzje, te upragnione. Spadają na mnie niczym nieznośny ciężar, niczym krople potu zmuszające oczy do zamknięcia... Powoli staję się dorosła. Jeszcze kilka lat temu tego pragnęłam. Teraz już wiem, jestem o tym przekonana, że nie chcę."

Nie udało mi się mniej świrować na punkcie porządku, więc nie wiem, co by było gdyby... Ale za to wpadłam na doskonały, rzec by można, wysublimowany pomysł. W związku z muzycznym sezonem ogórkowym (jak dla mnie), wezmę się za pisanie. I to nie byle jakie! Nie jakieś tam skrobanie przypadkowe, na równie przypadkowym podkładzie, ale takie pisanie przez wielkie "P". Postanowiłam, że po raz trzeci w życiu zacznę pisać książkę, ale UWAGA! tym razem ją skończę:) Genialne, nieprawdaż?

Szukałam skrzydeł zdolnych unieść ciężar serca,
ciężar myśli pęczniejących w moich rękach.
Poprzez słowa modlitw od dziecka szeptanych,
przecierałam szlak do Ciebie, mój Kochany!

Wpadałam do domu po dwóch (zaledwie!) godzinach nieobecności. I... jak zwykle, po krótkiej wymianie uprzejmości, typu "Mama przyszła!", "Tak przyszła. Co robicie?", "Bawimy się." nastąpiła wnikliwa lustracja terytorium będącego pod moją jurysdykcją i, jak zwykle niekontrolowany wybuch.