
Patrzę w lustro i widzę zajebiście piękną kobietę, osobę, człowieka, a potem ktoś chwyta za telefon, za aparat i robi mi zdjęcie. Nijak nie potrafię się ustawić i wychodzę znowu „niepiękna”, „nijaka”, „nie ja” po prostu!
Urodziłam się podszyta powojennym lękiem. Słuchałam opowieści babcinych z czasów wojny, prababcia też wspominała co nieco, dziadek dużo rzadziej. Już jako dziecko miałam zaprogramowany strach przed tym, że ktoś wtargnie do mojego domu i przerwie bezprawnie nić życia, nić codzienności, jaką zechcę wieść. W wieku nastu lat, usłyszałam od przyjaciółki, żebym się nie bała, bo, jeśli faktycznie wojna się zacznie, to będziemy obie biegały z kałachami i nie damy się. Rozbawiła mnie tą wizją i przeraziła jeszcze bardziej. Trzy lata temu, moja mama umierała na śmiertelną chorobę, a ja zbierałam dary dla wojennych uchodźców i zamiast skupiać na uwagę na mamie, czerpać z naszych wspólnych, ostatnich tygodni i miesięcy, śledziłam newsy w Internecie. Budziłam się i zasypiałam bojąc się o życie swoich najbliższych i własne...
Pomyślałam, że jak napiszę tu kilka słów o tym... o nim... to to nie przepadnie tak, jak się zwykle dzieje w przypadku postów w mediach społecznościowych. Że będę mogła do tego tekstu wracać, czy też zapraszać moich czytelników (kurcze, jak to fajnie brzmi... w sumie to mogę już tak mówić, bo wiem, skądinąd, że są tacy, którzy wyłapują wszystkie moje teksty, dzielą się nimi i refleksją na ich temat... tak ogromnie mnie to cieszy, że aż strach;)) do zapoznania się z jego treścią.
Ksiądz, który odwiedzał moją mamę w ostatnich dniach życia, powiedział, że ona zapala się i gaśnie, jak migotliwy płomień świecy. Tak jakby chciała jeszcze być z nami przez chwilę, a zaraz znikała zupełnie. Dużo o tym jej znikaniu napisałam w swojej książce, mam nadzieję, że już wkrótce, każdy kto zechce będzie mógł ją przeczytać, ale dziś inna myśl zaprzątnęła mi głowę. Dziś, patrząc w lustro, pomyślałam, że ja też zapalam się i gasnę...
Dziś moja Mama obchodziłaby siedemdziesiąte trzecie urodziny. Dziś pewnie byśmy ją odwiedzili, albo zadzwonili i umówili się na świętowanie w weekend. U rodziców, albo u nas. Po raz trzeci celebrujemy ten dzień bez niej. A w zasadzie, po raz pierwszy.