
Kiedy byłam mała, nie bałam się burzy. Czułam do niej respekt, dyktowany instynktem samozachowawczym, ale nie czułam strachu. Lubiłam patrzeć, jak niebo na moich oczach zyskuje ciemno-granatowy odcień i nasłuchiwać pierwszych, groźnych pomruków. Zwłaszcza, kiedy byłam w tym czasie w szkole...
Po dusznej nocy przyszedł jeszcze gorętszy dzień. Kilka stopni robi jednak wielką różnicę. Zaczęłam żałować, że wczoraj ośmieliłam się w ogóle marudzić. Gdybym mogła cofnąć czas... nie mogłam. Musiałam uporać się z niechęcią do upalnej aury po raz kolejny, zupełnie jakbym wskoczyła na wyższy level w jakiejś koszmarnej grze. Oby nagrodą był zimny prysznic prosto z nieba.
Kolejna okrągła. Cudnie! Dziś będzie o przytulaniu, całowaniu i takie tam;) O byciu ze sobą blisko i o byciu trochę dalej, w zależności od potrzeb i oczekiwań obu stron. Dajmy na to dla jednego wiodącym językiem miłości może być dotyk, dla innego słowo. Ja nie wiem, co tak naprawdę jest mi bliższe, jest bardziej moje.
Prawda jest taka, że ja po prostu nie znoszę, kiedy jest gorąco. Na zewnątrz, czy w środku, bez różnicy. Dlatego zapewne nie spotkamy się nigdy na plaży w jednym z miejsc słynących z wysokich temperatur. Na saunę też, dotychczas, nikomu nie udało się mnie namówić.
Powrócił temat mówienia po imieniu. "Mamo, czy mogę zwracać się do ciebie po imieniu?" zapytała jedna z córek. Czy mogę, czy mogłabym, co o tym sądzisz... hmm. Pierwsza myśl? Jasne, że tak, nie mam nic przeciwko. Druga, czy to nie będzie trochę dziwne?