Powrót do codziennych obowiązków bywa trudnym doświadczeniem. Zwłaszcza, jeśli chwile go poprzedzające upływały nam na robieniu tego, co kochamy, pośród ludzi, czy też istot, z którymi czujemy się dobrze, w atmosferze wzajemnej akceptacji i otwartości. Chcąc, nie chcąc, jednak wrócić trzeba. Odnaleźć się na nowo, co następuje zwykle szybciej, niż nam się mogłoby wydawać.

Spędziłam ponad dobę na rozmowach, szczerych i otwartych, na nieocenianiu, otwieraniu się na siebie i na własną wrażliwość, dzieleniu się, czerpaniu i dawaniu. Na życzliwych spojrzeniach i gestach, wspólnych wygłupach, gotowaniu i posiłkach, spacerach... Byłam nad jeziorem, byłam w lesie, siedziałam przy kominku i patrzyłam też w niebo, które miało być upstrzone gwiazdami, a zamiast tego było szczelnie zasłonięte chmurami, ale i tak wgapiałam się z lubością i wsłuchiwałam w ciszę, która przyjemnie drgała w moich uszach, uspokajała oddech, wyciszała i nakazywała zwolnić kroku. Zgodnie stwierdziłyśmy, że na szczęście nie zleciał nam ten czas, "jak z bicza strzelił".

Oprócz zajęć teatralnych z młodzieżą i dorosłymi, bawię się trochę w teatr z dziećmi. Początkowo były to zajęcia z bajkotworzenia dla dzieci młodszych, takich w wieku pięć do dziewięciu lat, jednak moje bajkowe dzieci, wraz z biegiem lat, urosły i nadal do mnie przychodzą. Obecnie większość z nich ma już jedenaście, czy dwanaście lat. Tylko dwoje ma mniej niż dziesięć. Dlatego profil moich zajęć się zmienił, a w zasadzie wymusili to dorastający uczestnicy. Zamiast wykonywać ilustracje wokół wybranego wspólnie, lub zadanego przeze mnie, tematu, a następnie wysłuchiwać bajek, które napisałam pod wpływem zebranych od każdego pomysłów, zaczęliśmy tworzyć mini-spektakle na tematy, które są dla moich bajkotwórców obecnie istotne. Bajka wciąż nam towarzyszy, lecz poważne historie wkradają się coraz bardziej zdecydowanie, domagając się mojej uwagi i działania...

"Ogony" emocjonalne ciągną się za nami przez większość życia... o ile im i sobie na to pozwalamy. Bogato zdobione, niczym u pawia, zaszłościami, żalami i pretensjami, brakami tego, czego potrzebowaliśmy, a co nie zostało nam dane, naszymi własnymi oczekiwaniami i wyobrażeniami, nieumiejętnością pozostawienia za sobą, puszczenia wolno, tego, co nam nie służy. Sama czuję czasem pewnego rodzaju brak zgody, kiedy słyszę własne słowa wypowiadane na głos: "odpuść sobie", dlatego nie dziwię się, że mogę drażnić tym innych. Jednocześnie wiem jednak, że jeśli nie odpuszczę, to przepadnę, zostanę stłamszona, zduszona, z połamanymi skrzydłami, pod stertą wszystkiego, co odpuszczone być powinno.

Co chwilę wpada mi przed oczy jakiś tekst, który mnie inspiruje i podkręca do pisania. To dobrze. Lepiej tak, niż gdybym miała siedzieć i patrzeć tępo w ekran, a konkretnie w biały, nieskalany ani jednym słowem, prostokąt na jego środku, w oczekiwaniu na natchnienie. Takie dni też przychodzą, szczęśliwie dzisiejszy jest ich przeciwnieństwem.