Idę, jak burza. Nie płakałam tej nocy, ani poprzedniej, nie licząc dwóch, pojedynczych strumyczków, które naznaczyły oba moje policzki, kończąc swój bieg gdzieś w okolicach szyi. Otarłam twarz i zasnęłam, zupełnie jakby ich nie było.

Kaprys był z nami ostatniego wieczoru w waszym/naszym niegdyś mieszkaniu. Stawiałam go na półkach, w witrynach i we wnętrzach szaf. Robiłam mu zdjęcia, a dzieci wpadały na kolejne pomysły… niektóre naprawdę zabawne.

Byłoby ciut łatwiej, jakbym zadeklarowała na wstępie, że będę pisała jedną Kawkę na dwa dni. Byłoby jeszcze łatwiej, jakbym wybrała soboty, środy i piątki, albo poniedziałki (ku pokrzepieniu), wtorki (idąc za ciosem), czwartki (bo zasadniczo je lubię i miewam wtedy wolne popołudnia) i niedziele (bo za nimi zbytnio nie przepadam, a za pisaniem owszem).

Zbieramy się do ostatniego etapu przeprowadzki Mamo. Jesteś już gotowa? Spakowałaś swoje rzeczy? Pożegnałaś się ze swoim ukochanym widokiem z kuchennego okna? Zabrałaś to, co niezbędne, czyli dobre wspomnienia i te wszystkie śmiechy w głos i czas, który pozostawił w nas dobre ślady, który możemy ponieść dalej, lekko i bez zadyszki? 

Nadganianie Kawek, to karkołomne zadanie, lecz potrzebne mi, jak nie wiem co. Jak tylko odpuszczam, macham ręką i mówię: "A huk z tym! Napiszę, nie napiszę, niewielka różnica." po chwili, a czasem po dniu, dwóch, czy trzech, dojeżdża mnie naprawdę ciężka refleksja, że "tak być nie może".