Pojęcia "noc" i "dzień" są totalnie względne. To, co dla jednych jest nocą, dla innych jest dniem. Kiedy patrzę na swoją kotkę, przesypiającą większość dnia, w oczekiwaniu na, pełną ekscytujących przygód, noc, wiem już, że bliżej mi do niej, niż do słowika śpiewającego o świcie.
Zawsze tak miałam. Życie w narzuconym z góry rytmie bolało i przysparzało mi niejednokrotnie problemów. Nie lubiłam porannych pobudek, mimo iż do szkoły miałam zaledwie pięć minut spacerkiem. Nie lubiłam ich także, kiedy poszłam do liceum i dystans dzielący mnie od "świątyni wiedzy" zwiększył się o dobre piętnaście minut. Nawet na studiach, kiedy nie musiałam być na wszystkich porannych wykładach, zawsze było za wcześnie, zawsze było za daleko.
Nie przepadam za spóźnianiem się, ale ono dzieje się samo. I, nie ma to nic wspólnego z "przestawianiem organizmu", tudzież "zegara biologicznego", wypracowywaniem pewnych odruchów itp. Nic nie było w stanie zmienić mojego podejścia do budzika obwieszczającego, wszem i wobec, że czas wstawać, choć to zaledwie siódma trzydzieści... a dla mnie nadal "druga część nocy".
Kończyło się zawsze tym samym... odsypianiem w weekend. Wtedy żadne normy i zasady mnie nie obowiązywały, nie obchodziło mnie, ilu członków domowej społeczności jest już na nogach i, co jest do zrobienia w tym dniu. Wiedziałam, że to zrobię... we własnym czasie. Moi bliscy też wiedzieli... czego dowiodłam wielokrotnie. Dlatego pozwalali mi spać "ile wlezie", mimo światła słonecznego i odgłosów osiedlowego życia wdzierających się z zewnątrz.
Wstawanie w samo południe, w niemal każdy sobotni dzionek, nie było niczym nadzwyczajnym. W niedzielę podobnie, choć rodzice cisnęli zwykle na wizytę w kościele, przez co dwunasta... to już było nieco późnawo, żeby na spokojnie ogarnąć temat. Mimo to, nie słuchałam w każdy sobotni, czy niedzielny, okołopołudniowy "ranek", że "znowu", "dlaczego" i "jak ja tak mogę", ewentualnie wymowne i nieco nazbyt entuzjastyczne "DZIEŃ DOBRY!". Jakoś to moje odsypianie weszło w kanon dopuszczalnych zachowań... mimochodem.
Nieco gorzej było, kiedy w moje życie wkradły się licealne i akademickie imprezy, a także chłopak, który mieszkał pod miastem i nieraz "trzeba było" udzielić mu schronienia, co by nie narażał swego życia i zdrowia wracając po nocy do domu. Wtedy bywało, że doleciała mnie jakaś kąśliwa uwaga... Teraz, będąc mamą dwóch córek, zupełnie temu się nie dziwię i nawet doceniam subtelność.
Życie w innych godzinach, niż większość świata, przysparza mi różnych problemów. Zamykają mi sklepy przed nosem, trzaskają drzwiami autobusów i każą sądzić, że coś ze mną nie do końca jest tak, jak być powinno. Poza tym, dzieci... kwestia macierzyństwa i ogarniania rytmu dobowego pociech. Przysięgam, że była to jedna z trudniejszych przepraw w moim życiu. Ponieważ, kochani moi, jeśli ja się nie wysypiam, to cały świat zyskuje mroczne barwy, a ja dopasowuję swój nastrój do ogarniającego mnie "nastroju Mordoru".
Dochodzi do tak absurdalnych sytuacji, że niejedna sprawa "nie cierpiąca zwłoki", musi zaczekać, aż się wyśpię... wiem, to brzmi drastycznie bądź katastrofalnie głupio, ale tak funkcjonuje moje ciało i umysł.
Pierwsze i trzecie dziecko rodziłam w nocy. Pierwsze przyszło na świat około dwudziestej pierwszej, trzecie po pierwszej. Zgadnijcie, które rodziło mi się lepiej? Rzecz jasna, trzecie! Pewnie dlatego ten poród był najbardziej przytomny i świadomy ze wszystkich. Wiedziałam doskonale, co i po co robię. Dlaczego cierpię. I przekułam to, jak należy, czyli w siłę, która pomogła mi "wydać na świat" nasze dziecko.
Drugie dziecko rodziłam popołudniu, w środku dnia... to było jedno z najbardziej nienaturalnych, niezgodnych z moim rytmem dobowym, doświadczeń. Do tego stopnia, że w ostatniej fazie powiodłam nieobecnym spojrzeniem po wszystkich obecnych i powiedziałam:
- Muszę się zdrzemnąć.
Położna zareagowała natychmiast:
- Nie ma spania! Podamy ci glukozę.
Zrobiła wkłucie, nim zdążyłam się zorientować, wtulając już lewy policzek w poduszkę. Po jakiś piętnastu minutach ponownie zmuszono mnie do działania. Udało się, choć moja głowa, do samego końca, w jakiejś części, pozostała nieobecna i byłam okrutnie wyczerpana już po wszystkim. Córcia też wyglądała na nieludzko zmęczoną, nawet jeść jej się średnio chciało. z czym w zasadzie do dziś nie ma problemu. Ona chciała i musiała natychmiast to odespać, podobnie, jak ja;)
Podsumowując, nie da się przerobić i ułożyć pod większość każego. Można zmusić, wywrzeć nacisk skutkujący konkretną reakcją, ale nie będzie to świadoma decyzja "na tak", jeśli "tak" nie jest zgodne z tym, czego chcemy. Na chwilę obecną, jestem pewna, że nigdy nie będę za porannym wstawaniem i witaniem kolejnego dnia z uśmiechem, kiedy zegar wskazuje nieco powyżej godziny siódmej, o szóstej nie wspominając. Tak mam i zapewne tak mieć będę. Dlatego czas przestać się tłumaczyć i próbować "przestawić", o ile życie mnie do tego nie zmusi, odbierając mi moje "chcenia"... oby nie.
Co tracę? Wschody słońca i beztresowe początki dnia, kiedy muszę być "gdzieś tam" o konkretnej, porannej porze. Co zyskuję? Czas dla siebie w nocy. Ciszę i skupienie. Możliwość pisania, układania piosenek i bycia w określonym wymiarze emocji i uczuć, który czyni mnie niezwykle płodną... literacko i artystycznie, rzecz jasna:P
Muzyczka do kawki:
https://www.youtube.com/watch?v=t49Z-p9ljlQ&ab_channel=VariousArtists-Topic
28 lipca 2023r.
