W związku z nie do końca wyjaśnionymi, nagłymi zgonami kotów, mamy przechlapane. Dzieci nadal nie pozwalają przekraczać kotu progu domu. A ten, a właściwie TA, szaleje. Poluje na otwarte okna oraz, na choćby chwilę nieuwagi z naszej strony. Tak było dzisiaj. Kręciła się tuż przy drzwiach tarasowych, którymi, raz po raz, ktoś przemykał.
Za którymś razem syn wracający z dworu, zaczepił mnie, siedzącą z laptopem na kolanach:
- Mamo, zobacz, co robi kicia.
Spojrzałam i zobaczyłam parę żółtych oczu, osadzonych w czarnym, puchowym, kocim ciele, wpatrujących się we mnie zza szyby. Kiedy miauknęła, nie pierwszy zresztą raz tego popołudnia, przyciągnęła uwagę psa, który leżał, swoim stałym zwyczajem, tuż przy moim krześle. Podniósł się i stanął pyskiem w pysk, oko w oko, z kotem. Mierzyli się tak wzrokiem przez chwilę, a my obserwowaliśmy, do czego doprowadzi ten cichy pojedynek. Kicia miauknęła, a Tyci najeżył się i szczeknął, a następnie zbliżył pysk do szyby i cicho powarkiwał. Kicia stała nieruchomo, nie odrywając od niego wzroku.
- To są ćwiczenia dla kici z radzenia sobie ze stresem – powiedział, śmiejąc się, syn.
Rozbawiło mnie to, a jednocześnie przywołało myśl, że każda forma takich ćwiczeń warta jest uwagi. Kicia odskoczyła od szyby, a syn pochwalił psa, który przestał warczeć, jak tylko ona się odsunęła.
- Dobrze, Tyci. Dobry z ciebie wykładowca – syn pogłaskał psa po głowie.
- Kicia, jutro następna lekcja – zwrócił się do kota, przekraczając próg domu.
Tak, nasz kot musi codziennie uczyć się radzić sobie ze stresem, jaki towarzyszy jego spotkaniom z psem. Tym nagłym i niespodziewanym zwłaszcza. Choć, trzeba przyznać, że z perspektywy psa, też nie wygląda to różowo (dlaczego tak właściwie coś, co jest różowe, ma być z gruntu "łatwe i przyjemne"?), ponieważ za każdym razem, kiedy zamarzy mu się, żeby podejść nieco bliżej, niż, funkcjonujący za obopólną zgodną, rozejm nakazuje, zostaje obchyczany i niejednoktotnie potraktowany ostrym, jak sztylet, pazurem.
Zachwyca mnie przemiana, jaka staje się udziałem kotki. Nagle, z miziastego, mruczącego stworzonka, przeistacza się w drapieżną bestię. I nie ma najmniejszego znaczenia, czy przed sekundą słodko spała, rozciągnięta na kanapie, czy też właśnie weszła do pomieszczenia, wpadając prosto na psa. Czasem zasadza się celowo na jego ogon, lub jeden z boczków i z łapką "niewinnie" wyciągniętą przed siebie, czeka na dogodny moment...
Tak, jednym słowem "STRES". Towarzyszy on zarówno kotu, jak i psu, w kontaktach wzajemnych. Czy możliwa jest między nimi komitywa zupełnie ten stres redukująca? My straciliśmy już na to nadzieję. Jakiś mądry, doświadczony behawiorysta mógłby podjąć rękawicę. Tylko... czy aby na pewno jest to konieczne? Kto powiedział, że pies z kotem mają spać na jednym posłaniu, wylizywać sobie nawzajem łapki i trącać się noskami? No właśnie.
Czy z nami czasem nie jest podobnie? Kiedy sypie nam się jakaś relacja (nawet jeśli dotychczas nie była ona jedną z najcenniejszych w naszym życiu), zaczynamy rozpaczliwie dążyć do jej posklejania. Rzecz jasna, nie wszyscy i nie zawsze. No dobrze, niektórzy z nas, przykładowo ja. Nagle chcę, by koło czasu zmieniło bieg, cofnęło się nieco, abym mogła postąpić inaczej, oszczędzając sobie tym samym stresu związanego z zerwaniem, tudzież naderwaniem więzi. A potem, kiedy to się już stanie, rozkminiam w nieskończoność: "dlaczego?", "jak mogłam postąpić?" i, "co sprawiło, że jednak tak nie postąpiłam?", "co poszło nie tak i kiedy, że po drugiej stronie pojawiła się taka niechęć?" itd. itp.
Chodzę, jak struta, wstaję z tą myślą i zasypiam, piszę wiersze, układam piosenki... wszystko na nic. Wciąż prowadzę walkę o powrót do tego, co było, nawet jeśli druga strona zupełnie zamyka się na taką możliwość. Do czasu...
A konkretnie do momentu, kiedy dociera do mnie, że skoro stało się to, co się stało, skoro jest, jak jest, to znaczy, że, być może, od dłuższego czasu było nie tak, jak być powinno. I nagle okazuje się, że od dawna nie podobało mi się to i tamto i jeszcze coś, że właściwie średnio cieszyły mnie spotkania z tą osobą, albo budziły neutralne emocje. Że czułam się oceniana, co powodowało niepotrzebną napinkę, kiedy szykowałam się do przyjęcia rzeczonej osoby we własnym domu. I, co najważniejsze, że sygnały żalu i pretensji oraz słabnącej sympatii pojawiały się z drugiej strony już wtedy, kiedy ja byłam jeszcze święcie przekonana, że wszystko jest w najlepszym porządku.
Dedukując dalej, formułuję, ostateczny i kluczowy w ogarnięciu całości zagadnienia, wniosek: "Ta relacja zawsze była dla mnie źródłem stresu". Mniejszego lub większego, ale jednak. Zatem jej rozpad prawdopodobnie jest naturalną konsekwencją wyborów dokonywanych przez moją podświadomość, intuicyjnie wygłaszanych uwag, prowadzenia rozmów w określony sposób. Prędzej, czy później, musiało do niego dojść, a ja powinnam teraz, co najwyżej, odetchnąć z ulgą.
Chyba, że jestem kotem, który musi jakoś egzystować ze wspomnianym psem pod jednym dachem. Wtedy muszę znaleźć własne ścieżki i sposoby radzenia sobie z zainstaniłą sytuacją, oszczędzając własne wnętrze. Ewentualnie zacząć od zera. Spróbować zbudować tę relację, lub moje myślenie o niej, od podstaw, na zupełnie innych fundamentach. Tylko... czy kici by się chciało?
Muzyczka do Kawki:
https://www.youtube.com/watch?v=oNj_JpWJqEg&ab_channel=BethHart
31 lipca 2023r.
