Zadziwiające jest, co dzieje się z nami, kiedy odchodzi ktoś nam bliski. Wszystko, co dotychczas stało nam na drodze do częstszych odwiedzin i spotkań, przestaje mieć znaczenie. Pozostaje jedno – myśl, że coś przegapiliśmy. I, choć to nieprawda, choć gdyby możliwym było cofnąć czas, z wielkim prawdopodobieństwem postąpiliśmy tak samo, to zarzucamy sobie zaniedbania i niechcenia, czy też stawianie jednych spraw, nad innymi.
A może tak mi się tylko wydaje? Może to wszystko mi się wydaje i jedynym, co ma sens jest fakt, że byliśmy częścią jednego nurtu, że splatały się i przeplatały się ze sobą nasze losy. I nieważne zupełnie, czy mieszkaliśmy potem na dwóch końcach świata, czy widywaliśmy się dwa razy do roku, czy raz w tygodniu, ważne, czy kochaliśmy. Bo miłość ma moc działania na odległość, pomimo i wbrew, na przekór i pod prąd, i nie straszna jej żadna przeszkoda.
***
Kilkanaście lat temu napisałam piosenkę dla Babci. Pamiętam, jak wzruszenie odbierało mi głos, kiedy wyśpiewywałam świeżo ułożony refren, a pod powieką miałam wciąż jej wspomnienie. To, o którym mi wielokrotnie opowiadała, a ja próbowałam je zawrzeć w kilku wersach.
W tle koszmar wojny, a na pierwszym planie ona i znajomi na łódce, unoszącej się na zalewie w jej ukochanym Zaklikowie. Miała ze sobą gitarę. Grała na niej, a pozostali śpiewali i dużo było przy tym śmiechu niosącego się nad taflą wody. Ktoś ich stamtąd przegonił, ktoś zabronił i postraszył, ale i tak wspominała to z uśmiechem.
Wojna wybuchła, kiedy Babcia miała jedenaście lat. Zdawała sobie sprawę z ogromu jej zła, lecz na szczęście osobiście dotknął ją tylko nocny pożar domu, w którym mieszkała wraz z rodzicami i bratem. Mówiła, że dzięki temu, że była wówczas taka młoda, nie zdawała sobie sprawy ze wszystkiego, co działo się dookoła. Że mimo wszystko wyłapywała promyki światła i młodzieńczej radości. Miała szczęście, że ten straszny czas obszedł się z nią tak łagodnie i nie obciążył jej żadną traumą. A może moja Babcia po prostu taka była? Może potrafiła uśmiechać się pomimo i brać życie takim, jakie jest?
***
Babcia Wandzia była obecna w moim życiu przez cały czas. Nawet kiedy byłam daleko, albo nie bywałam u niej tak często jak bym chciała, moja myśl była przy niej. Zdarzało mi się bardzo często, tuż przed zaśnięciem, posyłać jej ciepłe, pełne bezwarunkowej miłości myśli. Mam nadzieję, że je odbierała…
I mam nadzieję, że teraz jest już tam, gdzie nadal może odkrywać świat i się nim zachwycać. Poruszać się samodzielnie, ulepić pierogi i zaśpiewać Grażynce piosenkę. Że może chwycić za akordeon bez większego wysiłku i zagrać wszystkim zgromadzonym jakiś skoczny utwór lub w zacisznym cieniu drzewa wyśpiewać „Czarną Madonnę” akompaniując sobie na klawiszach i rozdając uśmiechy polnym kwiatom.
Mam nadzieję, że spotkały się już z moją mamą i, że mają wszystko, czego dusza zapragnie. Choćby to było latanie na pegazach, jak we śnie jednej z prawnuczek w noc po babcinej śmierci, czy zwyczajne: „cieszę się, że jesteś” okraszone radością lub wspólne haftowanie sztandaru.
Mam nadzieję, że wyjaśnili sobie wszystko z dziadkiem i on także zrozumiał. Że czas jest już bez znaczenia i wszystko o czym czytała, słuchała, co wymodliła, właśnie staje się jej udziałem.
Brakuje mi jej bardzo, choć minęło zaledwie kilka dni. Wiem, że nie była już sobą, a ja w ostatnich tygodniach, podświadomie ograniczałam ilość naszych spotkań, ponieważ coraz trudniej było mi godzić się z jej znikaniem. Coraz mniejsza, coraz cichsza, coraz bardziej rozespana, nieobecna, zamyślona, zapatrzona gdzieś, gdzie moje oczy nie dostrzegały niczego.
Babciu, od chwili, gdy odeszłaś, zasypują mnie wspomnienia naszych wspólnych chwil, czasu, który upływał nam na żywej obecności, szczerych rozmowach, śmiechu, drobnych sprzeczkach i zachwycie nad życiem. Tego długiego, dobrego czasu sprzed pięciu lat, kiedy nasz wspólny świat nie zaczął się jeszcze kruszyć. Zupełnie jakby wszystkiego, co przyszło potem, nie było. Tego bólu i łez, tej bezradności, osamotnienia i słabości, która wkradła się bocznymi drzwiami odbierając ci możliwość przeżycia ostatnich lat tak, jak ty i my byśmy chcieli.
Pamiętam twój telefon z domu pomocy, gdzie zamieszkałaś w lipcu 2022. Powiedziałaś mojej córce, że jesteś w raju, że dziękujesz nam za to, że znaleźliśmy to miejsce dla ciebie, że nie spodziewałaś się, że coś takiego wydarzy się pod koniec twojego życia. Brałaś udział w warsztatach, poznawałaś nowych ludzi, mogłaś samodzielnie, każdego dnia, chodzić do kaplicy i brać udział w nabożeństwach. Zabierano cię na spacery, powiedziałaś: „widziałam ludzi plujących ogniem!”, kiedy w mieście odbywał się Karnawał Sztukmistrzów, a w twoim głosie słychać było wielką ekscytację.
Jesteśmy wdzięczni domowi im. Wiktorii Michelisowej za okazane serce, zaangażowanie i troskę. Za wspomniane wyżej chwile przed udarem i doskonałą opiekę potem. To nagłe pogorszenie stanu zdrowia nałożyło na Babcię ograniczenia nie pozwalające jej czerpać z ostatnich lat życia tak, jak pragnęła i, jak my pragnęliśmy dla niej. Jednak Panie pracujące w domu otoczyły ją doskonałą opieką, a my staraliśmy się dorzucać do tego cegiełki swojej obecności i miłości.
Babcia słabła z miesiąca na miesiąc, aż zabrakło sił na kolejny oddech… ale nie o tym powinniśmy pamiętać, lecz o jej uśmiechu, który rodził się bez wysiłku. O zamiłowaniu do piękna przyrody i miłości do muzyki w połączeniu z talentem, który pozwolił jej, bez właściwego wykształcenia, opanować grę na akordeonie, klawiszach, a w młodości także na gitarze. O umiejętności haftowania, która przez lata zaowocowała wieloma sztandarami i niejednym obrazkiem. O miłości do Boga i babcinym rozmodleniu, które rozciągało parasol nad nami wszystkimi. O trosce i opiece, jaką przez siedemdziesiąt lat swojego życia sprawowała nad niepełnosprawną córką, pomimo wszelkich przeciwności, nie zamykając się na radość z życia i nie skarżąc na własny los. O miłości do wszystkich bliskich, a przede wszystkim do mojej mamy, czyli jej młodszej córki, która wzięła na siebie ciężar odpowiedzialności za swoich rodziców i siostrę. Różne były koleje ich relacji, ale ich więź była niezaprzeczalna. Myślę, że wszyscy, którzy byli blisko tych trzech kobiet myślą dziś o jednym, one są już razem, mogą sobie wszystko wyjaśnić, mogą być blisko, odrzucając wszelkie cielesne ograniczenia i ludzkie nieporozumienia. Uśmiechają się, patrząc dzisiaj na nas i nie chcą, abyśmy pozostawali w smutku i żalu. One już wiedzą… Dlatego weźmy głęboki oddech, spójrzmy w niebo i odwzajemnijmy ich uśmiech. Do zobaczenia, Babciu.
Twoja Kasia:)
