
Czy faktycznie żyjemy w erze egoistów? A może raczej indywidualistów? Nie dalej, jak dwa dni temu przeczytałam, że wbija się nas w przeświadczenie, że ze wszystkim powinniśmy radzić sobie sami i, że to jest działanie wbrew kulturze przynależności, czy bycia częścią społeczności wspierającej, co kiedyś zdawało się być oczywiste. Sama nie wiem... no właśnie, sama...
Podchodzę do drzwi domu kultury, trochę się spieszę, bo powinnam być już w pracy co najmniej od pół godziny. Z daleka widzę wysokiego mężczyznę w kapturze, który chodzi raz w jedną, raz w drugą stronę. Wiem, że mnie zauważył, a ja dostrzegam, że powoli zmierza w tym samym kierunku, co ja. Na bank mnie zaczepi.
Nie wiem, czy znowu coś nie pokręciłam, ale według mojej pamięci i świadomości, dziś przypada rocznica ślubu moich rodziców. Dziwnie mi z tym, że nie możemy jej świętować. Czy fakt, że moja Mama odeszła niespełna dwa lata temu, oznacza, że mamy do czynienia z drugą, niepoliczoną, czy też niepoliczalną rocznicą?
"Mamy prawo cieszyć się życiem." Takie zdanka w czytanych przeze mnie książkach z zakresu rozwoju osobistego sprawiają, że chce mi się czytać dalej, lecz nie tylko one, bo "Skrzydła podcina zawsze ten, kto sam nie ma odwagi by latać." działa analogicznie. Podobnie, jak te mocne, podnoszące mi poprzeczkę: "Szczęścia się nie znajduje, tworzy się je. Dlatego będziemy tak szczęśliwi, jak postanowimy.".
Mój bluszcz, moja chluba, moja przyjemność, kiedy siadałam w jego cieniu, moja zasłona przed wiatrem i niechcianym spojrzeniem pracowników firmy budowlanej, uwijających się za płotem jakiś rok temu, zieleń kojąca i ciesząca oko... obumarł. Nie wiem, co zrobiłam nie tak. Może odezwała się moja "anty-ręka" do roślin?