Bałam się tego dnia. Wspomnienia, niczym ponure cienie wyzierały z każdego kąta i, co by się nie działo, na co bym nie spojrzała, wszystko przywodziło mi na myśl stratę, której doświadczyliśmy niecałe dwa lata temu. Wiedziałam, że to będzie trudny wieczór. Po raz pierwszy od trzech lat wigilia miała odbyć się u nas. Trzy lata temu byłaś z nami...


Kilka razy zamaskowałam złością smutek. Posprzeczałam się z Tomkiem, trochę pokrzyczałam, trochę się pogniewałam, lecz przez większość czasu dusiłam to w sobie. Wiedziałam, że jak pozwolę, by choć jedna łza przekroczyła granicę powiek, to pojawi się wodospad i nijak go nie powstrzymam. Jak czułyby się dzieci, gdybym rozszlochała się na dobre? 

Tworzenie świątecznej atmosfery, zabieganie o to, aby wszystkim było miło... ma dobre i złe strony. Dobre, to pozytywne wibracje, uśmiechy i serca otwierające się jakby z większą łatwością. Złe, to układanie się pod innych, ustępowanie i powstrzymywanie się przed szczerym wyrażaniem uczuć, dla niepsucia nastroju. Znowu poczułam się tak, jakbym zrobiła kilka kroków wstecz. Jakbym na drodze własnego rozwoju odwróciła sią na pięcie i cofnęła do jednego z ciemnych zaułków z naburmuszoną miną, że nie, że mam tego dosyć i pracować nad sobą zdecydowanie już dłużej nie zamierzam.

Żeby było jasne, lubię święta. W ogóle lubię świętować, a Boże Narodzenie jest doskonałą okazją ku temu. Prócz bliskich mi ludzi, wspólnie spędzanego czasu, dobrego jedzonka i trunków oraz klimatycznych filmów i muzyki, dofiarowują w pakiecie jakby bardziej zdobną rzeczywistość. Iskrzącą się od światełek, mieniącą się wieloma barwami, lśniącą, nie tak powszednią i szaro-burą, jaką dostajemy zwykle o tej porze roku. A jeśli, w bonusie, spadnie śnieg, jak dzisiaj, to już totalna magia.

Pamiętam święta w moim rodzinnym domu. Stawiałaś nas w stan mobilizacji jakiś tydzień przed. Ogłaszałaś porządki generalne i, choć nie mam pojęcia, jak to działało, to wykonywaliśmy Twoje polecenia bardzo skrupulatnie. Wygarniałyśmy z siostrą ciuchy z naszych szafek na ubrania, wycierałyśmy półki, składałyśmy wszystko, co do środka wepchnięte "kiedyś tam", w nieładzie zostało, a potem brałyśmy się za książki stojące za szybą w regale. Każdą z nich wycierałyśmy z kurzu, potem wnętrze witryny i z powrotem ładowałyśmy to do środka, ustawiając wedle rozmiaru.

Niejednokrotnie do moich zadań należało sprzątanie kuchni. Do tej pory zadziwia mnie fakt, że wyciągałam zawartość każdej z kuchennych szafek i myłam je dokładnie, w środku i na zewnątrz, że przecierałam większość znajdujących się tam rzeczy, a także szorowałam szufladki z przyprawami, szufladę na "przydasie" i tą na sztućce także. Czyszczenie lodówki, od góry i od frontu, oraz odkurzanie żyrandola stanowiło niejakie podsumowanie całej akcji.
Kto, do cholery wybrał ten plastikowy żyrandol o falistej strukturze?!?

Aaaa i jeszcze bonusowa szafeczka na przyprawy, drewniana... pewnego roku postanowiłam ją odświeżyć. Po uprzednim usunięciu z jej powierzchni kuchennego brudu, chwyciłam flamastry i odmalowałam wyblakły wzór, sprawiając, że ozdoba jednej ze ścian, w Twoim ukochanym i jednocześnie znienawidzonym królestwie, wyglądała niemal jak nowa.

W życiu nie wpadłabym dziś na to, żeby wybebeszać zawartość wszystkich szafek i szaf i układać ją od nowa! Nie wpadłabym też na pomysł, aby podsunąć dzieciom taki pomysł, o nakazywaniu nawet nie wspominając. I nie chodzi bynajmniej o to, że teraz to mam wreszcie wywalone (bo ciężko powiedzieć żebym miała...) i jest tak zajebiście, a wtedy było źle.
To generalne sprzątanie w Twoim wydaniu miało swoje plusy. Autentycznie czułam, jak wnętrze mieszkania łapało oddech. Że wszystkie jego zakamarki stają się jakieś takie... bardziej przejrzyste. Czuło się to w powietrzu i ta wszechobecna czystość oko niezwykle cieszyła.

Na finał było ubieranie choinki. Oprócz tej "dla wszystkich", największej, miałyśmy w swoim pokoju o połowę mniejszą, którą stawiałyśmy na biurku przy oknie. Obie, ja i moja siostra, zawieszałyśmy na niej nasze ozdoby, czyli te zamknięte w określonych pudełkach, wybrane przez tatę i nas, krzyczących: "Chcę to! A ja to!". Niektóre z nich były podpisane pierwszą literą naszego imienia... Rzadko sprzeczałyśmy się w trakcie. W zasadzie wspominam to wspólne przystrajanie sztucznego drzewka bardzo dobrze.

Kiedy lampki na choinkach, tej w naszym pokoju i tej w dużym, a także malutkiej w kuchni i w pokoju brata, wypełniały wnętrza mieszkania swoim ciepłym światłem, czułam, że święta na serio są już blisko, że to wreszcie ten czas, na który tak długo czekałam. 

A kiedy byliśmy już w łóżkach, Ty przecierałaś jeszcze podłogę na przedpokoju. Pastą o intensywnym zapachu, lub jakimś specjalnym płynem. Czułam ten "aromat" przywodzący na myśl idealną czystość, leżąc w ciemności we własnym łóżku, które stało tuż przy drzwiach do pokoju, mojego i siostry. Ona już dawno spała, a ja nasłuchiwałam Twojego oddechu. Był lekko przyspieszony, przerywany przez westchnienia, kiedy podnosiłaś się z kolan i oddychałaś z ulgą, że ostatni etap już za Tobą.

Jeśli chodzi o świąteczne przygotowania, żałowałam zwykle jednego. Że nie masz czasu, czy też siły, aby ubierać z nami choinkę. Pewnie dlatego sama tak dbam o to, żeby choć trochę w ten proces się angażować, żeby towarzyszyć dzieciom, chociażby poprzez wiązanie supełków na nitkach trzymających cukierki...
Na naszej choince, tej dawnej, nie wieszaliśmy cukierków. Jedynie takie długie "sople". Tak! One zawsze były. Czasem kilkuletnie i zupełnie nienadające się już do zjedzenia, ale były. Zdobiły choinkę błyszczącymi, kolorowymi pazłotkami.

W Wigilię było zazwyczaj, mniej lub bardziej, nerwowo. Wybieranie ciuchów, prasowanie... coś zawsze się zawieruszyło i ostatnie prace w kuchni. Choć, póki jeździliśmy na kolacje do obu babć - najpierw do jednej, potem do drugiej - niewiele było do roboty. Zdecydowanie więcej do zrobienia miałaś przy pakowaniu prezentów. Zamykałaś się w dużym pokoju, zazwyczaj tuż po tym, jak umyłaś i ułożyłaś sobie włosy, siadałaś na podłodze i zawijałaś to, co wcześniej leżało ukryte po kątach, w kolorowy papier ze światęcznym wzorem. Sprawę niewątpliwie ułatwiły prezentowe torby, kiedy były już w powszechnym użyciu.
Złościłaś się, kiedy ktoś z nas wchodził do środka... skąd ja to znam? Teraz przerabiam to na własnej skórze, od wielu lat... Wolałam być po drugiej stronie drzwi. A może tak mi się tylko wydaje?

Po powrocie z obu Wigilii, rozpakowywaliśmy prezenty leżące pod naszą choinką, czyli te, na które z największą ekscytacją żeśmy czekali. Najczęściej znajdowaliśmy tam jakieś ładne ubrania, które służyły nam potem przez wiele miesięcy, a nawet lat. Jedną z koszul nocnych, znalezionych wówczas pod choinką, mam do dzisiaj. Mam też walkmana, który stał się przyczyną pewnej kłótni, ale to już zupełnie inna historia.

Kiedy ochy i achy, podziękowania i małe rozczarowania, których nie da się uniknąć, dobiegały końca, pozostawała kuchnia i pieczenie ostatnich ciast, czy mięsa, do późnych godzin nocnych, w czym bardzo lubiłam Ci towarzyszyć. Czasem szłam potem na Pasterkę z rodzeństwem, a czasem nie. Zdarzało się, że o północy, na kuchennym telewizorku, włączałyśmy pasterkę transmitowaną z Watykanu...

Boże Narodzenie i Szczepana to był w większości czas rodzinnych spotkań za stołem, lecz bywało, że podrywaliśmy się do tańca. Bardzo lubiłaś tańczyć... U nas też tańczyłaś wielokrotnie. Chętnie inicjowałam tę formę spędzania świątecznych wieczorów, tak bardzo różniących się od atmosfery dookoła wigilijnego stołu. Dziś, z jednej strony bardzo mi ich brakuje, z drugiej, unikam ich, bojąc się, że będzie mi jeszcze trudniej...

Według mnie Wigilia z moich młodzieńczych lat była trochę zbyt poważna. Zwłaszcza do pewnego momentu. Z trudem odnajdowałam "radosne oczekiwanie" w słowach Pisma Św. czytanych przez dziadka, czy tatę, a na Twojej twarzy zwykle nie gościł wtedy uśmiech. Może dlatego dziś tak bardzo starałam się uśmiechać, kiedy zebraliśmy się dookoła stołu?

Chciałam, żebyś mi się przyśniła tej nocy... myślałam o tym intensywnie tuż przed zaśnięciem. Niestety. Zamiast... miałam całkiem przyjemny sen z Bradem Pittem w roli głównej:)
Czyżbyś zrobiła mi świątecznego psikusa? A może to taki niestandardowy upominek? Tak, czy inaczej, wolałabym spotkać w dzisiejszym śnie Ciebie. Tęsknię.

Muzyczka do Kawki:
https://www.youtube.com/watch?v=ZpGC7zKq7lI&ab_channel=totylkoizka

24 grudnia 2023r.

Na zewnątrz nadal szaro-buro dupowato. Gdzie się do cholery podział śnieg z listopada? Czy naprawdę, choć raz na kilka lat, święta nie mogą być po prostu białe? I nie ma to nic wspólnego z efektem cieplarnianym!

Ależ piękna liczba! Serio, podoba mi się, a kojarzy się z łabędziami, albo super-wygodnym fotelem, albo czymś, co jest dokładnie takie, jakie powinno być, lub z... leżaczkami! O tak! Leżaczek na trawniczku, w cieniu wierzby, ustawiony tak, żeby nogi ogrzewało mi słońce, a reszta spokojnie mogła relaksować się, nasłuchując śpiewu ptaków, szumu drzew, czy odgłosów owadów uwijających się w pocie czoła. Gdzieś z oddali dobiegałby odgłos dziecięcych zabaw, szczekanie psa... Tak, leżaczki to z pewnością przemiłe skojarzenie.

Zegar tykał, niemiłosiernie nas poganiając, ale... nie dawałam się. Czułam coś na kształt dumy, kiedy docierało do mnie, że ogarniam sytuacje zakupowe, domowe i pracowe na tyle, by nie kłócić się o byle co i nawet na paznokcie, na totalnym luzie, wczoraj pojechałam i przez "ostatatnie" prezentowe zakupy z Tomkiem przebrnęłam... Jednym słowem, sukces!

Pewnego grudniowego wieczoru udało nam się namówić tatę (a może bardziej mamę?), żeby kupił żywą choinkę. Pamiętam podekscytowanie, jakie czułam, kiedy szliśmy razem na pobliski targ i wybieraliśmy wymarzone drzewko. Od razu ją wypatrzyłam. Tą jedną jedyną. Na szczęście spodobała się nie tylko mi:)