Pamiętam, ile znaczył dla mnie pierwszy dzień wiosny dawniej, wiem, ile znaczy dla mnie teraz. To zgoła dwa odmienne światy, dwa odmienne spojrzenia i ja jakby zupełnie inna od tej z kiedyś...

Chciałabym mieć przynajmniej jeden, albo co najmniej jeden taki dzień w miesiącu, bym budząc się i wracając w tryby życia na jawie, miała poczucie, że wszystko, co zrobić powinnam, zostało na chwilę obecną zrobione. To chyba stanowi źródło stresu, w którym wbrew względnemu poczuciu równowagi, trwam permanentnie.

Patrząc na życie z niezbyt odległej perspektywy, widzę własne starania, które nieraz spełzają na niczym. Widzę też, jak bardzo zależy mi na tym, by to, czemu poświęcam własną energię, na co ją spalam, przynosiło zamierzony efekt. Niestety różnie z tym bywa, dlatego wydaje mi się, że puszczanie wolno i zaakceptowanie także tych mniej, albo wcale nieoczekiwanych efektów, to jedna z kluczowych umiejętności ułatwiających życie. I rozumiem już nie powinnam za bardzo się spinać, niezależnie od tego za co się zabieram. Czy jest to pisanie artykułu, czy budowanie relacji, czy nawet własnej przyszłości...

Ile widziały te paprocie, które przewieźliśmy z Twojego mieszkania do nas? Ile zapamiętały? A wieszaki z Twojej szafy, na których wiszą teraz moje ubrania... czy pamiętają wyprasowane spódnice i sukienki, lekkość, którą im ofiarowywałaś mnożąc ich istnienie? Czy złości ich ścisk w mojej szafie i ciężkość moich dziwacznych ubrań?

Wyobraźcie sobie, Czytelniczko/Czytelniku, taką oto sytuację... jesteś naładowana/naładowany pozytywną energią, lecz jednocześnie zmęczona/zmęczony przeokrutnie. Kilka godzin mijającego dnia spędziłaś/spędziłeś na dzieleniu się tym, co Ci w duszy gra oraz przemieszczaniu się, w tzw. międzyczasie, z punktu A do punktu B, a potem wreszcie nadszedł czas na zasłużony odpoczynek. Tak mieliśmy my i nic dziwnego, że nie mogliśmy się wspomnianego odpoczynku doczekać. Tym bardziej, że wielokrotnie zostaliśmy zapewnieni, że miejsce jest przecudnej urody i, że na pewno będziemy, z pobytu tamże, zadowoleni.