Zostałam dziś w domu. Nazbierało mi się nadgodzin i postanowiłam je odebrać. Poza tym miałam kilka spraw do załatwienia i niejeden tekst do napisania. Zostałam w domu i, kiedy siadałam wreszcie do komputera (mimo, że miałam siąść tam tuż po wstaniu z łóżka), żeby zająć się tym, co do zrobienia było konieczne, przeczytałam pewne zdanie: „Nigdy nie zapominaj, że wystarczy jeden człowiek albo jedna myśl, żeby zmienić swoje życie na zawsze.”

Dlaczego lubię przynajmniej dwa, trzy razy do roku wyjeżdżać, choćby na kilka dni? Mam tu na myśli wyjazdy z całą rodziną, ponieważ moje i Tomka wypady koncertowe, czy też, raz do roku, rocznicowe (mam nadzieję, że stało się to już naszą tradycjąJ), to jednak inna bajka, inne powody i inny rodzaj relaksu. Dziś chodzi mi o wyjazdy z dziećmi i z psem, które nie muszą być długie i dalekie. Ważne, aby były.

Porządkowanie rzeczy po tych, którzy odeszli nie należy do łatwych wyzwań. W zasadzie to jest cholernie trudne, wymagające dystansu i sama nie wiem jakie jeszcze. W ostatnich latach doświadczyłam tego trzykrotnie. Ostatnio, tuż przed chwilą i powiem szczerze, że ten „raz” był najtrudniejszy. Jednym słowem, przywyknąć do tego się nie da.

Skłamałabym gdybym powiedziała, że nie tęsknię za wiosną. Tęsknię, i to bardzo. Choć zawsze lubiłam mgliste poranki i wieczory, mroczne dni zakrapiane drobnym deszczem (czy deszcz może być drobny? czy można nim „zakrapiać”?) to wiosna daje mi o wiele więcej możliwości bezpośredniego obcowania z przyrodą.

Tyle razy pisałam już o tym, że upadam. Opisywałam ze szczegółami, jak odejmuje władzę w rękach i nogach, wyłącza pozytywne myślenie. Wspominałam o tym, jak bolesne bywa zderzenie z podłożem i, że trochę mi wstyd, iż będąc na tym poziomie samoświadomości, nie potrafię utrzymać się w pionie. Czy umiem sobie te upadki wybaczać? Raczej tak, chyba tak, tak myślę...